poniedziałek, 25 lipca 2011

Od czego są doradcy?

Ongiś mój brazylijski pryncypał, dyplomata, rodowity carioca, którego lekko mówiąc nie wspominam najlepiej, powiedział mi mniej więcej takie słowa: „szef się nie myli, tylko czasami źle mu doradzają”.
Specjalnie przytoczyłem te słowa, bo zwróciłem teraz uwagę na jednoznaczność wypowiedzi ministra Radka Sikorskiego na temat rodzimych win, co oznacza, że był przekonany na 200%, że jest ona słuszna, bo inaczej nie palnąłby takiej gafy. Wytrawny i doświadczony dyplomata, jakim jest obecny szef MSZ, używa raczej krągłych, eleganckich słów przypominających Merlota z prawego brzegu Żyrondy, niż np. portugalską Bagę, gdy mówi o rzeczach na których się mało zna lub nie zna w ogóle. Nie sądzę, by minister Sikorski miał dostateczną wiedzę na temat polskich win i ma do tego prawo, bo zajmuje się sprawami o wiele poważniejszymi. Zdany jest zatem na rady doradców. Mając powyższe na względzie przypuszczam, iż został przekonany przez grono specjalistów od win i kulinarii dla niego bardzo kompetentnych, że nie ma żadnego sensu zajmować się na poważnie polskimi winami podczas prezydencji, bo jest są za słabe (zapewne padło wiele różnych argumentów) i dlatego też tak jednoznacznie wypowiedział na ich temat w mediach. Sądzę ponadto, że służby prasowe MSZ były także przekonane, co do słuszności takiej a nie innej decyzji, stąd potrzebowały aż kilku dni, by otrząsnąć się po fali krytyki, a potem przygotować działania zaradcze, skądinąd bardzo przytomne (oczywiście inna sprawą jest podnoszona wcześniej przeze mnie kwestia serwowania win węgierskich podczas szczytu Partnerstwa Wschodniego).
Warto zwrócić uwagę na fakt, że wielu przytomnych polityków z pierwszych stron gazet dystansowało się od pomysłu serwowania polskich win podczas prezydencji. To daje sporo do myślenia. Dlatego apel jest taki do winiarzy polskich: organizujcie się, róbcie coraz lepsze wino w dobrej cenie oraz skutecznie i uczciwie lobbujcie, a będzie dobrze!

niedziela, 24 lipca 2011

Draka o polskie wino

Mam wrażenie, iż gdyby nie arcyniefortunna wypowiedź ministra Radka Sikorskiego, to sprawy polskich win podczas naszej prezydencji w ogóle by nie było. Innymi słowy gafa szefa MSZ przyczyniła się do nagłośnienia tematu polskich win i być może wyręczyła rodzimych winiarzy lub właściwe organizacje. Zastanawiam się, co zrobili, by ich produkty kręciły się w kieliszkach unijnych dyplomatów? Zawsze najłatwiej jest zwalać winę na anonimowych urzędników, bałagan, system, ministra, rzucać oskarżeniami, Bóg wie co jeszcze. Prezydencja to doskonała okazja do promocji. Wiem że łatwiej jest przekonywać urzędników do rodzimych truskawek, kiełbachy czy kaszanki niż do polskiego wina. To wymaga innego, nowego podejścia w naszych warunkach. Być może trzeba powoli zastanawiać się nad koordynacją działań w zakresie promocji polskich win? Urzędnikom, politykom trzeba przedstawiać argumenty, które wpłyną na podejmowane przez nich decyzję. Nie przypuszczam, by minister Sikorski jako polityk strzelił sobie takiego samobója z 5 metrów w przededniu wyborów, gdyby miał lepszą wiedzę od swoich urzędników czy doradców. Co ciekawe Ci sami „niekompetentni” urzędnicy wykazali się inteligencją, kreatywnością oraz klasą i znakomicie wybrnęli z bardzo dla nich i dla ich pryncypała kłopotliwej sytuacji, zapraszając swojego merytorycznego oponenta do współpracy, co powinno też dać trochę do myślenia wielu internautom, którzy nie oszczędzili wielu słów pogardy (co innego merytoryczna krytyka) dla pracy MSZ jako do instytucji państwa.
Koordynacja działań promocyjnych jest bardzo istotna, gdyż dla przeciętnych konsumentów polskie wino ze względu na swoją cenę, podawanie w 5* hotelach może się powoli kojarzyć z dobrem luksusowym, grymasem ludzi bardzo dobrze sytuowanych, a nie zwykłym towarzyszem posiłku. Obserwuję od dłuższego czasu winiarstwo brazylijskie, stosunkowo bardzo młode, ale osiągające już niemałe sukcesy, i zauważyłem od pewnego czasu narastającą krytykę ze strony tamtejszych konsumentów, bloggerów, liderów opinii w sprawie cen rodzimych win, które przez brazylijskich winiarzy pozycjonowane są jako dobra luksusowe. Dlatego też przeciętny brazylijski miłośnik wina nabywa tańsze wina argentyńskie czy chilijskie. Wypadałoby się nad tym powoli zastanawiać. Ostatnio na Słowacji piłem do gulaszu przyzwoitą Frankovkę za kilka euro. Może warto jednak pójść drogą słowacką a nie brazylijską.
Na koniec chciałbym wyrazić szacunek dla pana W.B. za wysiłek, merytoryczną dyskusję i skuteczne przekonywanie MSZ do polskich win. Życzę sobie, by to był początek ich przemyślanej promocji. Już teraz należy już się zastanawiać nad podejmowaniem kolejnych kroków.