sobota, 18 lutego 2012

Południoworodańskie znalezisko

Przewertowałem trochę kartek tzw. literatury fachowej, by znaleźć dla siebie odpowiedni prezent w postaci wina przywiezionego prosto z Afryki Południowej przez mojego tajemniczego szwagra, który mieszka tam od ponad 20 lat. Myślałem o jakimś przyjemnym zaskoczeniu, które zniweluje porażki, których doznałem niekiedy przy spożywaniu ciężkozbrojnych dżemowych win z tego kraju. Nie lubię tego stylu. Może dałbym sobie jeszcze szanse, gdybym popijał takiego „Południowoafrykańczyka” np. na Przylądku Dobrej Nadziei:-) Zaintrygował mnie felieton MW nr 3/2010 na temat znajdującej się w Swartlandzie posiadłości Sadie Family oraz jej właściciela Ebena Sadie. Wydaje się być ciekawą postacią, wnoszącą nową energię do południowoafrykańskiego winiarstwa, koncentrując się przede wszystkim na perfekcyjnym wykorzystywaniem różnorodności siedlisk do produkcji swoich win. O ile pamiętam, to został winiarzem roku 2010 w RPA. I tak w moim kieliszku radośnie zawitał Sequillo 2008 zrobiony z południoworodańskiej mieszanki Syrah (60%), Mourvedre (30%) , Grenache (10%). Średnio zbudowane wino o czystym rubinowo-purpurowy kolorze. W nosie roztropna jeżyna, wiśnia, trochę krwistego mięsiwa, ciut dymu i ziółek. W ustach lekko pikantne, soczyste. Dobra kwasowość i ułożone taniny. Krótko mówiąc „Francja elegancja” – sporo złożonego wdzięku z nutą refleksji. Wino przegryzałem biltongiem – południowoafrykańską przekąską, czyli suszoną wołowiną. W Afryce kosztowało w przeliczeniu około 60 zeta. Cena widniała na butelczynie:-)

niedziela, 12 lutego 2012

Fortuna kołem się toczy i wino chyba też

To był rzeczywiście zły tydzień. Wszystko szło pod górkę, mecz ostatniej szansy, w którym misterna strategia przewraca się jak kostki domina. W poniedziałek zabrałem się do przygotowania zaproszeń na kolację, którą mój pryncypał wydaje na początku przyszłego tygodnia dla kilku dyplomatów i ich czarujących żon w jednej z dobrze notowanych stołecznych restauracji… Wypisałem prostokątne kartoniki z dopiskiem pro memoria, bo wcześniej wszystko już było ustalone i potwierdzone telefonicznie. Niby nic trudnego. Zaledwie kilkanaście osób, a zaproszenia mają być doręczane de facto do rąk własnych. Nic z tego. Niemożliwość objawia swoje jestestwo. Przypadkowo dowiaduję się, że jedno zaproszenie w niewyjaśnionych do chwili obecnej okolicznościach nie dociera do adresata. Masakra. Niektórzy dyplomaci śmiertelnie poważnie traktują etykietę. Moje zdenerwowanie jest dodatkowo pobudzane niewyspaniem. Mały Ksawerek ma alergię i płacze po nocach. W następnych dniach zaczęła mnie ogarniać schiza: „czy zaproszenia na pewno dotarły do odbiorców”? Zaczynam wydzwaniać i potwierdzać. Nie od razu uzyskuję tak oczekiwany respons. W międzyczasie pan B. wysyła mi maila, przypominając o degustacji poważnych butelek Châteauneuf-du-Pape. O mały włos moje zwoje mózgowe zapomniałyby o tym. Ucieszyłem się, bo piątkowy wieczór zapowiadał się przejmująco. Dla takich chwil warto dbać regularnie o stan zdrowia i długo żyć. Następnego dnia udałem się do wspomnianej restauracji. Chciałem sprawdzić osobiście jakie wino dobrano do dań. Pryncypał ma cudowna narrację na temat kawy, ale na Bachusie się nie zna. Ok. budżet nie był zbyt majestatyczny, ale żeby jako aperitivo zaserwować wodnisty, hausowy savignon blanc z Chile! „Tak mi doradzono w restauracji” – odpowiedział zdziwiony pryncypał przez telefon. Caramba, ale porażka. Drugie Waterloo. Przez chwilę wyobraziłem sobie miny zaproszonych gości. Wyrzuciłem precz wspomnianego bogu winnego „Chilijczyka” i zastąpiłem go niedrogą Cavą oraz dodałem wiśniową nalewkę do deseru, który pierwotnie miał być chyba zjedzony z resztkami czerwonego wina podanego do głównego, mięsnego dania. Wreszcie piątek. Czuję się strasznie zmęczony, mam rozedrgane poczucie pewności siebie – wynik jeszcze innych ponurych wydarzeń tygodnia. Jadę na degustacje z nadzieją na wzniosłe doznania, chwile radości płynące ze słuchania oraz próbowania dziewięćdziesięciu paropunktowych win w skali Parkera, a z drugiej strony ogarnia mnie jakieś niezrozumiałe zwątpienie… Degustujemy metodą hiszpańską, od najstarszego wina do najmłodszego. W moim kieliszku pojawił się Châteauneuf du Pape Domaine de Villeneuve 2001. Przystawiam kieliszek do nosa. Wino w stanie śmierci klinicznej, albo po prostu wadliwe. Nie poddaję się. Poczekam do końca degustacji, może potrzebuje czasu? Postawiłem kieliszek w kącie sali, przy prawie niewidocznej pajęczynce, utkanej przez anonimowego pajączka. Zdania degustujących są podzielone. Jednak wszyscy się zgadzają, iż z tą butelką coś jest nie tak. Następny w kolejności był bodajże Paul Jaboulet Aine Châteauneuf-du-Pape Grappe des Papes 2003. Ponownie doświadczyliśmy małego Austerlitz. „Może akurat nie ta butelka, a może była źle przechowywana” – zastanawialiśmy się zaniepokojeni - tym bardziej, że od Parkera dostała ongiś około 90 punktów. Rozmowa o winie toczyła się nie w czasie teraźniejszym, a raczej w trzecim conditionalu. Przy butelce Domaine du Pegau 2003, która była bardzo przyzwoita, ale nie tak dobra jak trzy tygodnie wcześniej na identycznej degustacji, zupełnie zdezorientowany MB wspomniał coś o pełni księżyca, swoim znaku i wynikającym z kosmosu fatalnym nastroju, złych zdarzeniach. Poczułem wtedy jakąś ulgę. Okazało się, że inni tak samo jak ja mieli beznadziejne ostatnie dni. Przyznam, że to był dla mnie najważniejszy moment degustacji. Nawet najlepsza butelka – Close de Papes 2006 – nie była tak boska jak jej degustowana siostra przed trzema tygodniami. Nie mogę się pochwalić znaczną wiedzą techniczną o winach Châteauneuf-du-Pape, ani dużą liczbą zdegustowanych flaszek tej apelacji, ale czy identyczne butelki mogą się tak od siebie różnić? Czy tak jak my mogą mieć lepsze albo gorsze dni w ciągu swej egzystencji? Czy dla nich fortuna się także kołem się toczy? Przed wyjściem sięgnąłem z resztką nadziei po pozostawiony kieliszek Domaine de Villeneuve 2001. To już nawet nie była śmierć kliniczna, ale ostatnie tchnienie. Szkoda. To była mądra degustacja, za którą bardzo dziękuję jej organizatorom. P.S. Sobotni mroźny poranek był zapowiedzią dobrego tygodnia:-))

wtorek, 7 lutego 2012

Z Brazylii na Węgry

Wyjeżdżając bicyklem w mroźny dzień z mojego zakładu pracy, malutkiego skrawka terytorium brazylijskiego na mazowieckiej glebie, zastanawiałem się nad odpowiednią butelczyną wina pasującą do pieleszowej obiadokolacji w postaci szybko zrobionej sałatki z kawałkami smażonej piersi kurczaka. Jeszcze przez chwilę biegł za mną intensywny aromat zakładowego cafezinho oraz echa meczów brazylijskiej ligi piłkarskiej, ale wbiwszy się w kulinarno-winiarską atmosferę Saskiej Kępy szybko zapomniałem o pracy. Minąłem po lewej zastawione autami czerwone ściany El Catadora. Dziś tam nie zajrzę, bo przedwczoraj miło spędziłem wieczór przy niedrogim SANZ Clássico 2010 i domowej tortilli. Czysty urok prostoty! Jadąc dalej przemknąłem obok fryzjera, strzygącego od ponad dekady moje wysokie czoło, a tuż za nim smacznego „Turczyna”. Prześlizgnąwszy po szybach różnych nierodzimych jadłodajni i sklepików wnet dotarłem do Składu Win Sokołowski, posiadającego przyzwoitą półkę z niekontrowersyjnymi winami z kraju kontrowersyjnego dla wielu Victora Orbána. Po głowie okrytej szczelnie czapką i zabezpieczoną kaskiem chodził mi furmint w przyzwoitej cenie acz bez aptekarsko-ziołowej zaciętości, przypominającej zapachy wynurzające się często ze starych szuflad przepełnionych medykamentami. Do pieleszy wróciłem już z nieźle schłodzoną zimową temperaturą butelką Fehervari Somlói Furmint Reserved za 49 zeta, pochodzącą z najmniejszego regionu winiarskiego Węgier – Samló, którego znakiem rozpoznawczym jest nie tylko wulkaniczna góra Nagysomló, ale także bazaltowe gleby. Wino miało ciemnozłotą barwę. W nosie rozpychała się intrygująca konstelacja aromatów przede wszystkim miodu, może wosku, nalewki z pigwy, gruszki, a wszystko podbite jakąś kosmiczną mineralności. Podniebienie natomiast zostało uwiedzione esencjonalną owocowością, uczuciem zwiewnej gęstości zatopionej w dobrej, szlachetnej kwasowości. Przyznam, że byłem oczarowany tym furmintem, który nie tylko fajnie harmonizował się ze wspomnianą sałatką, ale i następnego dnia dostarczył mi fantastycznych emocji przy słuchaniu nowowydanej płyty z muzyką filmową Daniela Blooma. Zdecydowanie polecam Fehervari Somlói Furmint Reserved. To wino raczej przeznaczone jest do autystycznej kontemplacji mroźnej rzeczywistości niż hedonistycznego uniesienia. Ciekawe co jest lepsze?

sobota, 4 lutego 2012

Szukając odpowiedniego terroir, czyli prapoczątki winiarstwa brazylijskiego. Część II

Po trzech dekadach Portugalczycy powrócili do odkrytego przez siebie nieznanego lądu, zamieszkanego przez raczej przyjaźnie nastawionych Indian, z zamiarem utworzenia pierwszej swojej kolonii na kontynencie południowoamerykańskim. W międzyczasie skutecznie opanowywali szlaki morskie wzdłuż wybrzeża Afryki i na Dalekim Wschodzie, zakładając faktorie, budując liczne twierdze rozciągające się od Ghany (São Jorge da Mina)po Ormuz i Malakkę (Indonezja). Warto wspomnieć, że w tym czasie okręty portugalskie płynące do Indii zaopatrywały się w wino na Maderze. Długie podróże morskie, przechowywanie wina w wysokiej temperaturze pod podkładami statków dały początek sławnemu na całym świecie vinho da Madeira. W 1531 król Jan III wysyła do Brazylii flotę złożoną z pięciu okrętów, na pokładach których oprócz członków załogi, żołnierzy znajdowali się koloniści z całymi rodzinami, wśród nich urodzony w Porto szlachcic Brás Cubas, uznawany pierwszym winiarzem w Brazylii. Po założeniu osady Vila de Santos (obecnie Santos, stan São Paulo)postanowił obsadzić krzewami winorośli przywiezionej z Brazylii zbocza pobliskich gór Serra do Mar. Według portugalskich annałów miały to być Malvasia rodem z Douro, Verdelho z Madery oraz Galego z Alentejo. Z czerwonych szczepów dobrano Bastardo oraz Tinta pochodzące odpowiednio z Madery i Douro. Niestety eksperyment nie udał się. Dlatego też po namowach legendarnego João Ramalhao, niezwykłego Portugalczyka, którego okręt rozbił się dwie dekady wcześniej i od tamtego czasu żyjącego samotnie wśród miejscowych Indian, nasz niestrudzony winiarz Bras Cubás zakłada w 1551 r. zakłada winnicę w wyższych partiach masywu górskiego, według kronik „od strony Tatuapé”( obecnie to dzielnica São Paulo). Tym razem Portugalczyk znalazł odpowiedni terroir, co potwierdza później w swych zapiskach ksiądz Simão de Vasconcelos piszą, że są tam „płodne winnice”. Już kilka dekad później Portugalczycy zabierali na wyprawy w głąb lądu sadzonki winorośli z właśnie okolic São Paulo. To był jeden ze sposobów na przywiązanie białego człowieka do nowej, nieznanej ziemi, co pomagało w kolonizacji ogromnego terytorium. W południowych zakątkach Brazylii jezuici zajmowali się także uprawą winorośli, a wino wykorzystywali do celów liturgicznych. Równocześnie wraz z wzrostem znaczenia Brazylii jako nowej kolonii zwiększała się liczba okrętów portugalskich przywożących wino z metropolii. Według kronik wino produkowane na obrzeżach São Paulo w późniejszych latach było tak słabe, że pierwsza powołana rada miejska wprowadziła w 1640 r. regulacje dotyczące jakości wina i jego cen. Dalszy czy rozwój rolnictwa w tym winiarstwa na ogromnych obszarze Brazylii został zahamowany przez odkrycie złota w drugiej połowie XVII w. Kto żyw porzucał swoje dotychczasowe zajęcie wędrował się do Minas Gerais w poszukiwaniu drogocennego kruszcu. Sen o szybkim bogactwie zamieniał uprawne pola i winnice w nieużytki. Zaczęło brakować nie tylko wina, ale także żywności. Dłonie, które wcześniej zbierały płody ziemi teraz przetrząsały tony ziemi w poszukiwaniu złota. Wkrótce pięciolitrowa baryłeczka wina kosztowała 700 g złota, stając się niezwykle pożądanym przedmiotem i symbolem bogactwa. Dlatego też ci winiarze, którzy zachowali swoje winnice w okolicach São Paulo stali się ludźmi niezwykle majętnymi. Stare kroniki wspominają o księdzu Pompeu, właścicielu winnic, który nie tylko był duchownym, ale także lokalnym bankierem! Można śmiało powiedzieć, iż na przełomie XVII i XVIII w. lokalne wino w tej ogromnej portugalskiej kolonii było jednym z artykułów pierwszej potrzeby i istotnym produktem handlowym zaś dla nowoprzybyłych Portugalczyków nektarem, kojącym tęsknotę za rodzinnymi stronami. Dzięki złotu kolonia bogaciła się. Powstawały drobne manufaktury produkujące najpotrzebniejsze produkty, co przyczyniało się do obniżenia dochodów metropolii uzależnionych od eksportu towarów do swej kolonii. Dlatego też królowa Maria I dnia 5 stycznia 1785 r. wydała zarządzenie zabraniające jakąkolwiek produkcji na obszarze kolonii, innymi słowy nic nie mogło być przetworzone, a następnie sprzedane. Niestety to zarządzenie było potężnym ciosem dla młodego winiarstwa brazylijskiego. Wojny napoleońskie, opowiedzenie się Portugalii za Anglią z którą łączył od wieków sojusz polityczno-wojskowy, sprawiły, że cały dwór portugalski wraz królem Janem VI udał się do Brazylii w 1808 r. tuż przed zajęciem Lizbony przez Francuzów. Trzynastoletni pobyt rodziny królewskiej w Rio de Janeiro przyczynił się do otwarcia portów brazylijskich na wszelkie towary, w tym na wina z całego świata. Warto wspomnieć jeszcze, że w 1756 r. Portugalia nałożyła swej kolonii obowiązek kupowania ogromnych ilości wina Porto. De facto, wino, które nie zdołano wyeksportować do Anglii, będącej głównym jego odbiorcą, trafiało do Brazylii. W 1822 r. Brazylia pokojowo uzyskała niepodległość i stała się cesarstwem. Na tronie zasiadł Pedro I syn wspomnianego wyżej Jana VI. Pomimo uzyskanej niepodległości Portugalię i Brazylię łączyła nadal unia dynastyczna, co uchroniło ten największych kraj Ameryki Południowej od podziału na mniejsze państwa, a także krwawych wojen niepodległościowych, jakie miały miejsce w Ameryce hiszpańskiej. Uzyskana pokojowo niepodległość otworzyła nowy rozdział w winiarstwie Brazylijskim.