niedziela, 12 lutego 2012

Fortuna kołem się toczy i wino chyba też

To był rzeczywiście zły tydzień. Wszystko szło pod górkę, mecz ostatniej szansy, w którym misterna strategia przewraca się jak kostki domina. W poniedziałek zabrałem się do przygotowania zaproszeń na kolację, którą mój pryncypał wydaje na początku przyszłego tygodnia dla kilku dyplomatów i ich czarujących żon w jednej z dobrze notowanych stołecznych restauracji… Wypisałem prostokątne kartoniki z dopiskiem pro memoria, bo wcześniej wszystko już było ustalone i potwierdzone telefonicznie. Niby nic trudnego. Zaledwie kilkanaście osób, a zaproszenia mają być doręczane de facto do rąk własnych. Nic z tego. Niemożliwość objawia swoje jestestwo. Przypadkowo dowiaduję się, że jedno zaproszenie w niewyjaśnionych do chwili obecnej okolicznościach nie dociera do adresata. Masakra. Niektórzy dyplomaci śmiertelnie poważnie traktują etykietę. Moje zdenerwowanie jest dodatkowo pobudzane niewyspaniem. Mały Ksawerek ma alergię i płacze po nocach. W następnych dniach zaczęła mnie ogarniać schiza: „czy zaproszenia na pewno dotarły do odbiorców”? Zaczynam wydzwaniać i potwierdzać. Nie od razu uzyskuję tak oczekiwany respons. W międzyczasie pan B. wysyła mi maila, przypominając o degustacji poważnych butelek Châteauneuf-du-Pape. O mały włos moje zwoje mózgowe zapomniałyby o tym. Ucieszyłem się, bo piątkowy wieczór zapowiadał się przejmująco. Dla takich chwil warto dbać regularnie o stan zdrowia i długo żyć. Następnego dnia udałem się do wspomnianej restauracji. Chciałem sprawdzić osobiście jakie wino dobrano do dań. Pryncypał ma cudowna narrację na temat kawy, ale na Bachusie się nie zna. Ok. budżet nie był zbyt majestatyczny, ale żeby jako aperitivo zaserwować wodnisty, hausowy savignon blanc z Chile! „Tak mi doradzono w restauracji” – odpowiedział zdziwiony pryncypał przez telefon. Caramba, ale porażka. Drugie Waterloo. Przez chwilę wyobraziłem sobie miny zaproszonych gości. Wyrzuciłem precz wspomnianego bogu winnego „Chilijczyka” i zastąpiłem go niedrogą Cavą oraz dodałem wiśniową nalewkę do deseru, który pierwotnie miał być chyba zjedzony z resztkami czerwonego wina podanego do głównego, mięsnego dania. Wreszcie piątek. Czuję się strasznie zmęczony, mam rozedrgane poczucie pewności siebie – wynik jeszcze innych ponurych wydarzeń tygodnia. Jadę na degustacje z nadzieją na wzniosłe doznania, chwile radości płynące ze słuchania oraz próbowania dziewięćdziesięciu paropunktowych win w skali Parkera, a z drugiej strony ogarnia mnie jakieś niezrozumiałe zwątpienie… Degustujemy metodą hiszpańską, od najstarszego wina do najmłodszego. W moim kieliszku pojawił się Châteauneuf du Pape Domaine de Villeneuve 2001. Przystawiam kieliszek do nosa. Wino w stanie śmierci klinicznej, albo po prostu wadliwe. Nie poddaję się. Poczekam do końca degustacji, może potrzebuje czasu? Postawiłem kieliszek w kącie sali, przy prawie niewidocznej pajęczynce, utkanej przez anonimowego pajączka. Zdania degustujących są podzielone. Jednak wszyscy się zgadzają, iż z tą butelką coś jest nie tak. Następny w kolejności był bodajże Paul Jaboulet Aine Châteauneuf-du-Pape Grappe des Papes 2003. Ponownie doświadczyliśmy małego Austerlitz. „Może akurat nie ta butelka, a może była źle przechowywana” – zastanawialiśmy się zaniepokojeni - tym bardziej, że od Parkera dostała ongiś około 90 punktów. Rozmowa o winie toczyła się nie w czasie teraźniejszym, a raczej w trzecim conditionalu. Przy butelce Domaine du Pegau 2003, która była bardzo przyzwoita, ale nie tak dobra jak trzy tygodnie wcześniej na identycznej degustacji, zupełnie zdezorientowany MB wspomniał coś o pełni księżyca, swoim znaku i wynikającym z kosmosu fatalnym nastroju, złych zdarzeniach. Poczułem wtedy jakąś ulgę. Okazało się, że inni tak samo jak ja mieli beznadziejne ostatnie dni. Przyznam, że to był dla mnie najważniejszy moment degustacji. Nawet najlepsza butelka – Close de Papes 2006 – nie była tak boska jak jej degustowana siostra przed trzema tygodniami. Nie mogę się pochwalić znaczną wiedzą techniczną o winach Châteauneuf-du-Pape, ani dużą liczbą zdegustowanych flaszek tej apelacji, ale czy identyczne butelki mogą się tak od siebie różnić? Czy tak jak my mogą mieć lepsze albo gorsze dni w ciągu swej egzystencji? Czy dla nich fortuna się także kołem się toczy? Przed wyjściem sięgnąłem z resztką nadziei po pozostawiony kieliszek Domaine de Villeneuve 2001. To już nawet nie była śmierć kliniczna, ale ostatnie tchnienie. Szkoda. To była mądra degustacja, za którą bardzo dziękuję jej organizatorom. P.S. Sobotni mroźny poranek był zapowiedzią dobrego tygodnia:-))

2 komentarze:

  1. Wino to emocje, zapowiedziane zacne butelki rozpalają wyobraźnię. Degustacja wina zacnego, 10 lat stażu na półce i ogarniający smutek. Ta butelka była świetna, tylko czas jej się skończył. Humor poprawiły ostatnie butelki Pegau, Sabon i Clos des Papes. Wyborny wieczór w poświacie księżyca.

    OdpowiedzUsuń
  2. To była iście eschatologiczna degustacja, dużo emocji. Może kiedyś trzeba zorganizować degustację wielkich, ale umałych win:-)?

    p.s Polecam "Wino. Porady dla smakoszów". Rolf Kriesi, Peter Osterwalder. Ksiązka wudana przez Arkady

    OdpowiedzUsuń