czwartek, 2 sierpnia 2012

Nie tylko władca szparagów

Lubimy wspominać wypite flaszki wina, emocje towarzyszące wyciąganiu korka z butelki, eksplozje smaku w ustach, gdy wino i strawa stają się przez chwilę jednością.
Na pewno zapadnie w mojej pamięci sezon szparagowy anno domini 2012, bo mam wrażenie, że w tym roku zaczął się jakoś wyjątkowo późno. Ot, takie odstępstwo od reguły. Gdy wreszcie nabywałem pierwszy jakże upragniony pęczek szparagów, bodaj w połowie maja, sympatyczna pani w neo-balzakowskim wieku, stojąca obok mnie w kolejce z tabliczką czekolady w koszyku, także na ten fakt zwróciła uwagę. Ostatnio widziałem jeszcze ”zielone patyczki” ze szklarni w niektórych stołecznych delikatesach, ale szczerze mówiąc, nigdy nie próbowałem lipcowych szparagów zatem nie mam zielonego pojęcia jak smakują.
Dla wielu miłośników łączenia wina i potraw, to właśnie Sauvignon Blanc odnalazł swą drugą połówkę w szparagach, tak jak Kékfrankos w gulaszu, czy też sardinhas grelhadas w Vinho Verde. Dobra kwasowość, powiew świeżości oraz ziołowo-owocowe aromaty wtopione jakże często w nuty przypominające kocie siuśki (mam trzy kotki w domu więc znam się na rzeczy) doskonale pasują do nieprzekombinowanych kulinarnie szparagów, ale także do wiosenno-letnich sałatek

Z nadejściem wiosny raczyłem się trzema różnymi flaszkami Sauvignon Blanc, a mianowicie: wyciągnięty z piwniczki Sauvignon Blanc 2009, z założonej w 1937 r. Soljans Estate, pochodzący z właściwej dla tego szczepu nowozelandzkiej Mekki, czyli Marlborough. Obecnie butelka z 2010 dostępna jest w Winexpress za ok. 56 zeta; kosztujący 36 zeta włoski Sauvignon Blanc 2011 od powstałej w 1878 r. we Friuli winiarni di Lenardo, nabyty w Enotece Polskiej; wreszcie południowoafrykański Sauvignon Blanc 2010 z produkującej od 1928 r. wina z winiarni Stellenrust (Winoteka Sami Swoi). O ile dobrze pamiętam ta ostatnia flaszka kosztowała bodaj 25 zeta.
Do prosto przyrządzonych zielonych i białych szparagów z pary polanych oliwą i startym parmezanem najbardziej moim zdaniem pasował Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii. Dyskretnie szepczące nuty agrestu, skoszonej trawy podbite subtelnie aromatem tropikalnych owoców oraz mineralnym powiewem, delikatna materia, a także wysoka kwasowość idealnie zharmonizowały się z równie subtelnymi szparagami. Przyzwoicie również wypadły pozostałe dwa wina, przy czym Sauvignon Blanc od di Lenardo był odrobinę za ciężki do chuderlawych szparagów. Natomiast „Południowoafrykańczyk” zbyt mocno przyćmił je tropikalnymi aromatami. Do sałatek warzywno-owocowych najbardziej uniwersalny wydawał się być Savignon Blanc z Friuli, cechujący się brzoskwiniowo-jabłkowymi aromatami, uzupełnionymi ziołową zasmażką i lekkim tropikalnym dotykiem. To jest bardzo przyzwoite wino w cholernie dobrej cenie.

Myślę, że wspomniany powyżej Sauvignon Blanc z RPA może dobrze pasować do sałatek, w której dominować będą tropikalne owoce np. na bazie rukoli i mango.
Wakacje na półmetku. Niebawem nadejdzie Ostatni Dzień Lata, a zatem cieszmy się świeżymi owocami, warzywami oraz Sauvignon Blanc!

P.S Kilka dni temu wracając z zakładu wstąpiłem na kieliszek do „Mielża”, gdzie polecono mi nowozelandzki Sauvignon Blanc 2010, sporządzony w nowopowstałej winiarni Little Beauty. W kieliszku napotkałem arcybogatą mozaikę wszelkich możliwych aromatów owoców i warzyw, jakie nam dała Matka Ziemia. Wszystko perfekcyjnie ułożone, po prostu znakomite, przypominające jednak użyte z lekką przesadą zapach absolutnie najlepszych perfum unoszących się w metrze za nadwiślańską „little beauty”. Intuicja podpowiada mi, że pogrążony w lekturze podniósłbym raczej wzrok z ciekawości przy nutach nieco mniej dopowiedzianych, intensywnych, a intrygujących domieszką artystycznego chaosu.
Last but not least, twierdzę, iż Sauvignon Blanc z Marlborough jest największym darem, jaki Nowa Zelandia przekazała ludzkości.