środa, 31 października 2012

Winne wspinanie w Prioracie. Część I

- „A może pojedziemy wspinać się w Siuranie” – rzucił fantazyjnie kręcąc kieliszkiem mój kolega M. – „A gdzie to jest?” – zapytałem po chwili przełknąwszy kolejny łyk białego wina, patrząc na śpiącego kota na telewizorze.


Otrzymawszy w sierpniu mail z rezerwacją biletu lotniczego do Barcelony zacząłem studiować mapę Półwyspu Iberyjskiego. „Będę wspinać się w Prioracie, w tym Prioracie!” – pomyślałem patrząc z niedowierzaniem na jakże wyjątkowy fragmencik papieru zamknięty w małym kwadraciku siatki kartograficznej. Niemal natychmiast zacząłem wertować stary wydania MW, a potem maltretować wyszukiwarkę Google. Priorat jawił mi się dotąd raczej jako idea, niż konkretny region winiarski. Tylko raz i to arcydawno temu próbowałam wina z tego regionu i wspomnienie tego jedynego przełknięcia zawsze wracało ilekroć pojawiało bądź na papierze, bądź na ekranie słowo Priorat - coś dla mnie niedostępnego, tajemniczego, wzniosłego do tego stopnia, że paraliżującego. Fakt, że wina z tej części Katalonii są drogie, a nawet bardzo drogie, ale bez przesady. Zawsze można nabyć przyzwoitą butelczynę z kumplami winospożywaczami na spółkę.
Siurana to bardzo stara wioska zaczepiona na ogromnej skarpie w Górach Prades, ostatni punkt oporu Maurów na terenie Katalonii, wypieranych przez wojska chrześcijańskie podczas rekonkwisty, a także bohaterska obrona powstańców Katalońskich przeciwko wojskom Kastylijskim w 1640 r.
W drodze z Barcelony na kamping znajdujący się kilkaset metrów poniżej wioski martwiłem się brakiem godnych kieliszków do wina. Byłem już nieźle zmęczony pobudką o piątej rano na samolot i nieco późną porą. Na szczęście pod koniec jazdy wypatrzyłem przez szybę auta stary budynek z ogromnym napisem Celler Cooperatiu, a przy nim wiekową prasę winiarską. – „Alleluja” – rzuciłem do kolegi.


Cdn.

wtorek, 16 października 2012

Jeszcze słów kilka o odmianach Piemontu

Przeglądając wczoraj wieczorem winiarskie pliki w domowym komputerze znalazłem niedokończony post dotyczący kontrowersyjnej jak się potem okazało imprezy Barolo & Friends, organizowanej w hotelu Bristol przez MW na początku września. Pomyślałem sobie, że chyba nie warto posyłać tego pliku na stertę rozkładających się dokumentów spoczywających na dnie komputerowego kosza, a raczej dokończyć post na podstawie zachowanych notatek i umieścić na blogu. A nóż widelec ktoś go przeczyta.
Dawno temu Piemont kojarzył mi się jedynie z fiatem, Juventusem Turyn czy też Ligą Północną Umberto Bossiego, a nie ze szlachetnymi winami. Dopiero później usłyszałem o Barolo i Barberze, ale i tak nie miałem raczej wielu okazji do pokręcenia kieliszkami wypełnionymi winem z tego sławnego regionu winiarskiego. Dlatego też zapisałem się z odpowiednim wyprzedzeniem na seminarium "Odmiany Piemontu", organizowanym w ramach wyżej wymienionego wydarzania.
Drobne problemy przy rejestracji sprawiły, że podałem już nieco zapomniany adres mailowy i dzięki temu nie miałem absolutnie zielonego pojęcia o niepokojących mailach powiadamiających mnie jakobym znalazł się nagle na liście rezerwowej, o czym dowiedziałem się na szczęście post factum.
Wymknąwszy się cichaczem z zakładu pracy dotarłem przed czasem na seminarium i bez problemu zasiadłem przy stole zastawionym połyskującymi w sztucznym świetle kieliszkami. Jeszcze tylko wykonałem kilka okolicznościowych fotek i byłem gotowy do winiarskiej podróży po Piemoncie.



Początek seminarium był jak dla mnie bardzo ciekawy i przede wszystkim na nim chcę się skupić, gdyż absolutnie po raz pierwszy próbowałem win z nieznanych mi apelacji, zrobionych z lokalnych odmian winorośli, takich jak Cortese czy Roero Arneis, które naprawdę warto zapamiętać.
Seminarium rozpoczęło się od nalania do kieliszków białego wina Gavi del Comune di Gavi „GG” 2011 od Produttori del Gavi, wykonanego w całości ze szczepu Cortese. Podobała mi się w tym winie cytrynowo-kwiatowa świeżość podkreślona mineralnym chłodem, zdrową kwasowością oraz pikantną końcówką, kojarzoną z austriackim Grunerem Vetlinerem. Natomiast słomkowe w barwie Roero Arneis „Sito dei Fossili” 2011 od Bric Cenciurio, sporządzone w całości ze szczepu Roerio Arneis jawiło się mi nieco utlenione, choć wciąż bardzo świeże, posypane kredowym pudrem, na podniebieniu kwasowe, uzupełnione skoncentrowanym egzotycznym w smaku owocem. Jak dla mnie bardzo smaczne.
Kolejny zestaw win był również wyprawą kieliszkową w nieznane. Piemonte Grignolino DOC 2011 od Boschis Francesco zrobione w całości ze szczepu Grignolino przywitało mnie w kieliszku blado czerwoną barwą, delikatnym truskawkowo-malinowym aromatem, zadziorną kwasowością i skalistym chłodem. Jednym słowem arcyklawe wino.
Uległem urokowi Freisa d’Asti „Vigna del Forno” 2010 od Cascina Gilli, winifikowanemu w 100% ze szczepu Freisa d’Asti. Ta flaszka także wzbudziła sporo pozytywnych emocji delikatnym melanżem bodaj malin, jagód i innych ciemnych owoców. Na podniebieniu jawiło się delikatne i bardzo świeże.
Wreszcie Verduno Pelaverga DOC 2011 z winnicy Cadia. Wino zrobione w całości z nieznanego mi wcześniej szczepu Pelaverga. Jak dla mnie dość alkoholowe, bo aż 14,5%. Miało atrakcyjny jasno rubinowy kolor. Podobał mi się jego pieprzowo-korzenny aromat. W ustach fajna goryczka oraz nieco alkoholowa końcówka. Myślę, że krwista wołowina pasowałaby do niego jak ulał!
W dalszej części seminarium przedstawiano przede wszystkim klasyczne apelacje i szczepy Piemontu, które nie są bohaterami mojego postu. Muszę przyznać, iż samo uczestniczenie w nim było dla mnie istotne, bo po raz kolejny uświadomiłem sobie, że jednak warto zaznajamiać się z mało znanymi lokalnymi apelacjami, szczepami i doznawać nowych wrażeń, a potem sięgać do fachowej literatury w poszukiwaniu dodatkowych ciekawych informacji na ich temat.