środa, 28 listopada 2012

Benedyktyński Rizling

Wina węgierskie nieczęsto goszczą na moim starym drewnianym stole. Zazwyczaj nabywam je do konkretnych dań, na przykład do gulaszu, dla którego Kékfrankos jest wręcz metafizycznym połączeniem. Uwielbiam także mineralne furminty z Samlói, o których pisałem bodaj w lutym.
Wczoraj nosiłem się z zamiarem nabycia odznaczającego się dobrą kwasowością rieslinga z Rheingau. Miałem wreszcie wolny wieczór. Wszystkie tłumaczenia w porę powędrowały już do klientów. Zastanawiałem się przez chwilę jak ominąć korki i nabyć smaczne a zarazem interesujące wino w przyzwoitej cenie. Trafiłem dość szybko do nowo otwartego sklepu Dekanter na Daniłowiczewskiej i po chwilowym refleksyjnym wahaniu kupiłem nieco w ciemno Rainai Rizling 2009 (13%) sporządzony w należącej do Benedyktynów posiadłości Pannohalmi Apátság, położonej wokół klasztoru.
I tym razem intuicja mnie nie zawiodła. Miałem bowiem do czynienia nie tylko ze smacznym ale i bajecznie głębokim rieslingiem, cechującym się nie tylko subtelnymi aromatami jabłek i limonek, ale także nutami mięty i kredy . Po dłuższej chwili doszukałem się nawet nienawidzonego przez jednych, uwielbianego przez drigich arcydelikantego zapachu nafty. W ustach dała o sobie znać mineralna tekstura. Wino było gęste , ekstraktywne, niczym zamrożona wulkaniczna lawa. Stosunkowo wysoka kwasowość nadawała temu winu sporo świeżości. Alkohol niewyczuwalny, wtopiony głęboko w materię.
Wino z rabatem kosztowało 43 zeta, co jest bardzo dobrym stosunkiem jakości do ceny.




poniedziałek, 19 listopada 2012

Brazylijskie 48 godzin

Ucieszyłem się niezmiernie, gdy w moje skrzynce mailowej zatrzepotał elektroniczny gołąbek pocztowy z długo oczekiwaną wiadomością od MG w sprawie wręczenia dyplomów ukończenia kursu winiarskiego WSET. Błyskawicznie sprawdziłem zarówno pieleszowy jak i zakładowy rozkład jazdy i z ulgą skonstatowałem, że raczej nic mi nie przeszkodzi, by dotrzeć w piątkowy wieczór do jednej z jadłodajni na Pradze, by cieszyć się otrzymanym dyplomem, a także winem, gdyż każdy z absolwentów miał wziąć na spotkanie swoją ulubioną butelkę.
Zapowiadający się tak wybornie wieczór o niemal zostałby zniweczony dramatycznym telefonem z komisariatu Policji z małej podłódzkiej miejscowości. Zdesperowany komendant szukał w całej Polsce tłumacza przysięgłego języka portugalskiego do rozprawy sądowej dotyczącej aresztu dla dwóch krewkich Luzytanów. Poskarżył się, że moje koleżanki i koledzy po fachu mają powyłączane telefony albo są chorzy i dosłownie błagał o pomoc. Zgodziłem się, choć nie miałem najmniejszej ochoty na to, by o szóstej rano w sobotę wydobywać się z łóżka i drałować gdzieś za Łódź, tym bardziej , że tak bardzo czekałem na piątkowy wieczór dyplomowo-winiarski, który miał teraz dla mnie przeistoczyć się w kurtuazyjną wizytę ze szklanką wody w dłoni. Tuż przed wyjściem z domu mój telefon ponownie zajęczał i mundurowy z wyżej wymienionego komisariatu oznajmił, iż kolega tłumacz z Łodzi może mnie zastąpić w czynności. To była wspaniała wiadomość, tym bardziej, że nabyłem specjalnie na tę okazję w sklepie z brazylijskimi winami na Daniłowiczowskiej moje ulubione Lote 43 od Miolo, z dobrego rocznika 2004. O tym winie i o Miolo pisałem już bodaj w marcu i kwietniu. Dla przypomnienia wyjaśniam, że zawierający 13,5% alkoholu Lote 43 jest sporządzane tylko i wyłącznie w najlepszych rocznikach po równo ze szczepów Cabernet Sauvignon i Merlot. Pochodzi ze ściśle określonej parceli, położonej w Vale dos Vinhedos w Rio Grande do Sul.
Na miejsce przyjechałem o całe 30 minut za wcześnie, gdyż w międzyczasie godzina spotkania uległa zmianie. W sumie nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo ułamany przez kelnera korek sprawił, że wino musiałem przelać do karafki, w której spokojnie oczekiwało na degustację.
Często przy leciwych trunkach butelczyna butelczynie nierówna i bardzo się ucieszyłem, że ta, którą akurat przyniosłem na spotkanie zdobyła uznanie samego MG, a także absolwentów kursu WSET. Purpurowa barwa, ewoluujące bardzo powoli i nuty mineralne oraz owocowe w postaci jeżyn, czarnej porzeczki, malin, a także mięty, cedru , kawy, skóry tworzyły symfoniczne ramy dla dziarskiej mimo wieku kwasowości i wiercących się na podniebieniu garbników. Jest to niewątpliwe wino poważne, dobrze zbudowane, wręcz ułożone z aptekarską precyzją, przypominające pozostawioną na ławce w parku ilustrowana książkę, odsłaniającą swoje obrazki z podmuchem wiatru. Moim zdaniem warto wydać 87 zł za takie dzieło. To jest wspaniała okazja cenowa, o której pisano także w mniej lub bardziej prestiżowych żurnalach winiarskich.

Chłodny i mglisty sobotni poranek był dobrą inspiracją do przygotowania na obiad gorącego garnka chilli con carne. Do takiego dania zawsze warto poszukać dobrego mięsiwa, które nabywam zazwyczaj na bazarku na tyłach hali Mirowskiej. Oczywiście nie zapomniałem o winie i postanowiłem nadać kontinuum brazylijskiej narracji, otwierając butelkę Elos Malbec (20%) /Cabernet Sauvignon (80%) 2007 ( 13%) od Lidio Carroro, którą otrzymałem od jego potomkini w piątym pokoleniu, Patrcii, podczas tegorocznej degustacji win brazylijskich. Warto zwrócić uwagę na fakt, że wina od Lidio Carraro nie są starzone w beczkach, by jak najlepiej ukazać ekspresję terroir w regionie winiarskim Terras de Encruzilhada do Sul w stanie Rio Grande do Sul. To średnio zbudowane wino jest doprawdy świetne, zaczepiające nos intensywnym zapachem mokrej ziemi, aby po dłużej chwili uspokoić zmysły czystym i eleganckim aromatem czarnej porzeczki, truskawek, kwiatów, zacnych przypraw oraz miodu. W ustach bajeczna kwasowość, owoc, ułożone taniny, długi finisz. Następnego dnia wino jeszcze bardziej miało rozbudowana strukturę. Pojawiły się nuty balsamiczne, żywiczne, śliwka oraz brzoskwinia. Elos Malbec/Cabernet Sauvignon dobrze harmonizował się z chilli con carne. O ile się nie mylę, to wino kosztuje około 175 zł. Niestety wina z garażowej winiarni Lidio Carraro są drogie, a nawet bardzo drogie. Dobrze, że dostałem tę flaszkę w prezencie.



poniedziałek, 5 listopada 2012

Winne wspinanie w Prioracie. Część II

Wybudowany jak się potem okazało w 1919 roku budynek winiarni znajdujący się w uroczej miejscowości Cornudella de Monsant wyglądał dość tajemniczo, a zerkając do jego środka pomyślałem, że tego dnia jego wnętrza nadawałyby się do kręcenia winiarskich filmów grozy.
W małym sklepiku degustacyjnym będącym jedynym dosłownie jasnym punktem dość mrocznego o zmierzchu budynku winiarni spróbowaliśmy, a potem nabywaliśmy w trakcie naszego pobytu niezwykle ciekawe butelki wina pochodzące prężnej spółdzielni Celler Cooperatiu, należącej do stosunkowo nowej apelacji DO Montsant, powstałej dość niedawno, bo w 2001 roku. Zastanawiają mnie teraz słowa jednego niezwykle sympatycznego pana Antonio, z którym uciąłem krótką pogawędkę na temat lokalnych win. Otóż wyjaśnił mi, że przez najbliższą okolicę Cornudelli de Monsant przechodzi linia graniczna pomiędzy DO Priorat i wspomnianym DO Montsant. Winogrona zebrane z winnic położonych na glebach łupkowych miały trafiać odpowiednio do pierwszej apelacji a z wapiennych do drugiej. Zamieszczając poniższą mapkę nabrałem pewnych wątpliwości. Może wynikają one z problemów językowych, gdyż nieco sędziwy pan Antonio mówił do mnie po katalońsku a ja do niego do portugalsku w wersji brazylijskiej. Niby wszystko jedna wielka familia, ale nieporozumienia też się zdarzają.


Na początku swojego istnienia apelacja skupiała zaledwie 28 bodeg, a teraz już 59, obejmując obszar 2000 h. Nieliczne wina białe wyrabiane są z chardonnay, garnatxa blanca, macabeu,
moscatell, Pansal i Parrellada, a wina czerwone z garnatxa negra, garnatxa peluda, carinyena, cabernet sauvignon,merlot, monestrell, picapoll negre, syrah i ull de llebre (tempranillo).

Choć większość lokalnych winiarzy nie ukończyła jeszcze wieku 40 lat, to i tak wśród nich zarysował się już podział na tradycjonalistów i modernistów. Ci pierwsi robią wina tylko i wyłącznie z autochtonicznych szczepów jakimi dla win czerwonych są niewątpliwie lokalne królowe garnatxa i carinyena, a drudzy dodają jeszcze wymienione powyższej szczepy międzynarodowe. Tradycjonaliści twierdzą, że wino z DO Montsant to nierozerwalne połączenie rzeczonych dwóch odmian, które najlepiej odzwierciedlają miejscowy terroir i charakter apelacji.

Zaopatrzywszy się w kieliszki i butelki wina udaliśmy się w dalszą drogę. Przejechawszy kilka kilometrów krętą jak splątane jelita górską drogą dojechaliśmy do naszego campingu. Zamieszkaliśmy w starej chylącej się ku upadkowi przyczepie campingowej opatrzonej owalną nalepką NL, której wnętrze przypominało raczej izbę gmin niż lordów. Grunt, że były tam jakieś stare patelnie oraz inne kuchenne artefakty przydatne do gotowania, które jest dla mnie miłą i sensowną czynnością w porównaniu z grzebaniem w silniku samochodu, czy też montowaniem durnych półek. Lubię także górskie campingi i ludzi tam pomieszkujących. Nikt nie zakłóca wieczorów wyciem i gitarowym brzdękoleniem z idiotyczną muzyką mechaniczną w tle, wydostającą się z weselnego namiotu.

Campingowe wieczerze po wspinaczce na wapiennych skałach lub eskapadach po winnicach były idealną okazją do spróbowania nabytych u okolicznych winiarzy butelczyn. Zdecydowanie uległem magii i mistyce win ze wspomnianej powyżej spółdzielni Celler Cooperatiu. Transcendentalne krajobrazy, pustelnie, widok Siurany zatopionej w gęstej w mgle sprawiły, że kieliszek napełniony winem emanował iberyjską duchowością, katalońską innością,pobudzał wyobraźnię. Znajdowałem się kilka kroków od miejsca, wydarzeń, które miały wpływ na bieg historii. Zdobycie starożytnej Siurany (w języku łacińskim Severiana, a arabskim Xibrana)przez chrześcijan i tragiczna śmierć legendarnej księżniczki Abd-el-azia, było końcem panowania Maurów na obszarze Katalonii , a bunt jej mieszkańców przeciwko Hiszpanom w 1640 r. przyczynił się do sukcesu powstania Portugalczyków przeciwko Madrytowi i objęciu tronu przez dynastię Bragança po 60 letnim panowaniu hiszpańskiej linii Habsburgów.



CDN.