niedziela, 27 stycznia 2013

Selekcja Miolo

„Com grande prazer!” – odpowiedziałem mojemu brazylijskiemu szefowi, gdy poprosił mnie o wybranie wina na pożegnalny koktajl wieńczący jego dyplomatyczną misję nad Wisłą. Tak na marginesie szkoda, że wyjeżdża, gdyż wielokroć wypuszczał mnie wcześniej z zakładu na degustacje i zrobił ze mnie niezłego baristę.
Jak to w styczniu bywa, budżet winny okazał się niezbyt bizantyjski i musiałem pomyśleć o butelkach raczej kryzysowych, co w okresie burzy i naporu sklepów dyskontowych nie jest zajęciem zbyt trudnym i wymagającym, tym bardziej, że to do nich należał de facto ubiegły rok, zarówno pod względem sprzedaży, jak i szumu blogowego.
Oczywiście naturalną rzeczą było poszukanie win brazylijskich. Szybko sobie przypomniałem o jednej stosunkowo taniej i wyjątkowo smacznej butelce z gamy Seleção, wypróbowanej przeze mnie pod działkową jabłonią latem ubiegłego roku.
W nomenklaturze winiarskiej grupy Miolo linia Seleção należy do kategorii tzw. win „podstawowych luksusowych” (básico luxo), wytwarzanych w ramach projektu Seival Estate, w posiadłości Estância Fortaleza do Seival, leżącej w regionie winiarskim Campanha Gaúcha, położonym w stanie Rio Grande do Sul. Czołową postacią w Seival Estate jest portugalski enolog Miguel Ângelo Almeida, któremu czasami podpowiada jego znany rodak Anselmo Mendes.

Historia tego regionu jest stosunkowo krótka. W połowie lat 70 amerykańscy i brazylijscy badacze wyodrębnili obszar 270 tysięcy hektarów ziem leżących wzdłuż granicy z Urugwajem, nadających się do uprawy szlachetnej winorośli. W Campanha Gaúcha zamieszkanym głównie przez nieco porywczych facetów na koniach, zwanych gaúchos, wino na własne potrzeby wytwarzali gdzieniegdzie potomkowie włoskich emigrantów. Gleby piaskowe, ubogie w materię organiczną doskonale nadają się do produkcji lekkich owocowo-kwiatowych win przeznaczonych przede wszystkim to picia za młodu.

Linia Seleção składa się de facto z czterech win, które degustowałem pod kątem imprezy mojego pryncypała.
Miolo Seleção Pinot Grigio Riesling 2011 (12%). Fircykowate, jasno-słomkowe wino dojrzewające w zbiornikach ze stali nierdzewnej, uwodzące nos nutami cytrusów, raczej cytryny niż rieslingowej lemonki, a także gruszki oraz morelki, delikatnie posypanych płatkami kwiatów. U ustach orzeźwiająca kwasowość oraz lekkość owocowa. Bardzo smaczne wino za jedyne 27 zeta.
Miolo Seleção Chardonnay Viognier 2011 (12%) Wino stylistycznie podobne do poprzedniego, lekkie, przyjemne, jabłkowo-cytrusowo-kwieciste. W ustach również niezwykle świeże dzięki fenomenalnej kwasowości. Cena:27 zeta.
Miolo Seleção Cabernet Savignon Merlot 2010. Wyjątkowo smaczne, średnio zbudowane wino, bardzo powierzchownie dotknięte beczką (zaledwie 10% wina miało kontakt z dębem), reszta dojrzewała w zbiornikach ze stali nierdzewnej. Sporo czerwonych owoców, wiśni, truskawek, suszonych śliwek, wędzonki, delikatnie wzbogaconych nutami przypraw. Beczka prawie anonimowa. Usta kwasowe, pobudliwe taniny, świeży owoc. Pić i nie umierać za 27 zeta!

Miolo Seleção Tempranillo Touriga Nacional 2010. Dość rzadki kupaż. Brazylijska interpretacja iberyjskich gigantów. Podobnie winifikowane, co poprzednie. Kwiatowy atak, typowy dla Tourigi Nacional, trochę wiśni, delikatnej czarnej porzeczki, porannego asfaltu oraz małego zakładu stolarskiego. Usta żywe, kwasowe, wyczuwalne taniny, wszystko zegarmistrzowsko poukładane za małe pieniądze – 27 zeta.

Przyznam szczerze, że nie mam swojego faworyta wśród degustowanych butelek. Wszystkie cztery wina mają wspólny mianownik w postaci wyraźnego kwasowego kręgosłupa napinającego stosunkowo lekką materię. Lubię właśnie takie wina brazylijskie, które pozytywnie odróżniają się na tle częstokroć przeładowanych etykiet chilijskich czy argentyńskich w podobnym przedziale cenowym.
Myślę, że wszystkie degustowane wina z linii Seleção Miolo ukontentują zaproszonych gości na pożegnalnym bankiecie mojego pryncypała, przy czym odnoszę wrażenie, że nie tylko będą one umilać niezobowiązującą konwersację z koleżanką z zakładu, ale sprawdzą się jako dodatek do domowej kolacji, czy książki, chwilowego zwolnienia codziennego biegu. Każde w wyżej wymienionych win próbowałem przez trzy dni i z każdym dniem stawało się coraz lepsze.
P.S. Kończę ten post ze smutkiem. W miasteczku Santa Maria w winiarskim Rio Grande do Sul zginęło tragicznie 245 osób.

niedziela, 20 stycznia 2013

Jaki kryzys, taka krewetka

Zmierzając o zmroku zaśnieżonymi ulicami Warszawy w kierunku Sheratona, gdzie miałem po raz pierwszy uczestniczyć w kolejnej stołecznej edycji Gambero Rosso, zastanawiałem się, co mnie spotka przed wejściem do hotelu. Zależało mi na czasie, bo w pieleszach czekała na mnie jeszcze praca domowa, a przecież dobrze wiedziałem, że „czerwone krewetki” cieszą się wielką estymą nad Wisłą i spodziewałem się kilometrowej kolejki wijącej się na mrozie, lekkiego déjà vu czasów PRL.
Na szczęście szybko i sprawnie załatwiłem formalności i z informatorem w ręku wbiłem się w tłum oblegający winemakerów w świetnie skrojonych garniturach.
Z braku czasu nie byłem przygotowany na degustację więc szukałem win z mojej ulubionej, wspinaczkowej, mineralno-kwasowej Górnej Adygi. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu jej przedstawiciele w tym roku nie zawitali w Warszawie i dlatego też szybko przecisnąłem się do stołu lombardzkiego, gdzie skosztowałem bardzo dobrego Pinot Nero Noir 2009 (13,5%) z posiadłości Tenuta Mazzolino. W nosie nie był zbyt wyedukowany, bo dominowały silne aromaty organiczne. Innymi słowy pachniało eleganckim obejściem i spoconą skórą konia. Niestety w świeżo otwartym winie nie doszukałem się cienia owocu i innych nut właściwych dla tego szczepu. Natomiast w ustach poczułem rozrywający się granat, którego ostre odłamki wbijały mi się cudownie w podniebienie podrażnione dobrą kwasowością wina. Cholernie dobre i zdecydowanie ustne wino. Udało mi się nawet uciąć krótką pogawędkę z przesympatycznym winemakerem, który wyjaśnił mi, że grona zbierane są od połowy sierpnia. Wino dojrzewa przez 12 miesięcy w beczkach z dębu francuskiego, z których 1/3 jest nowa, a pozostałe 1 lub 2 letnie. We Włoszech Noir 2009 kosztuje ponad 20 euro.
Udało mi się także w miarę spokojnie zdegustować Prosecco Crede od Bisola. Eleganckie bąbelki z dominującymi nutami gruszki. W ustach jak dla mnie za mało kwasowe, drażniące moje podniebienie wyczuwalna słodyczą. To nie jest mój styl, ale nadaje się doskonale na bezpieczny aperitif na zakładowej imprezie.
Raczej nie przypadło mi do gustu Pallio Di San Floriano Verdicchio dei Castelli di Jessi 2011 z posiadłości Monte Schiavo, wino pachnące z lekka przejrzałymi winogronami i alkoholem, zakończone przesadnie gorzkim finiszem. Nieco lepszy okazał się Pieralisi for friends 2009 (60% Sangiovese, 40% Merlot) emanujący gęstymi jeżynowymi nutami i wiśniową słodyczą w ustach. Jak dla mnie wino nieco przedawkowane, ale adeptom tego stylu będzie pasowało jak ulał.
Jeżeli chodzi o wina toskańskie, to udało mi się przebić do stoliczka z tabliczką Castello di Vichiomaggio i skosztować Chianti Cl. San Jacopo da Vicchiomaggio 2011, wino sporządzone z 90% Sangiovese, 5% Canaiolo, 5% Colorino, dojrzewające 6 miesięcy w klasycznych dużych dębowych beczkach, łatwo mnie uwiodło nutami dojrzałej wiśni polanej przyprawami, a w ustach zegarmistrzowskim balansem oraz długim finiszem.
Miałem już powoli zbierać się do powrotu do pieleszy, gdy w moim kieliszku zakręcił się Montalbera Ruché di Castagnole Monferrato La Tradizione 2011, sporządzone z zupełnie nieznanego mi szczepu. Subtelne aromaty róży skojarzyły mi się z alzackim Gewürztraminerem. Wino niezwykle aromatyczne, kobiece. Idealne na kolację z boską Beatrycze.
Tak jak pisałem na wstępie, to była moja pierwsza degustacja win z Italii w ramach Gambero Rosso. Zatem nie mogę jej w żadnym wypadku porównać do wcześniejszych stołecznych edycji. Z krótkich konwersacyjek odbytych na miejscu z zaprzyjaźnionymi winospożywcami wywnioskowałem, że zdania są podzielone. Jedni uważali, że tegoroczna edycja jest cieniem poprzednich, a drudzy zaś szczerze cieszyli się kilkoma bardzo udanymi butelkami, które uradowały ich nosy i podniebienia. Rzeczywiście, gdy przegląda się relacji z poprzednich edycji „czerwonych krewetek”, to tegoroczna była ilościowo i jakościowa zdecydowanie skromniejsza (dla porównania do Kopenhagi kilka dni później przyjechało w ramach Gambero Rosso 35 winiarzy, w tym winemakerzy z Górnej Adygi). Dlaczego? I w tym przypadku jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Kryzys gospodarczy, albo jak ktoś woli, spowolnienie dotyka branże winiarską. Euro jest rozsądnie wydawane. Charyzmatyczne Ikony Italii raczej nie będą szukać szczęścia w Polsce Anno Domini 2013, gdzie 30% rynku należy już do sklepów dyskontowych czy wielkopowierzchniowych, narzucających z pewnymi wyjątkami pewien określony styl smakowo-finansowy win, a mali, ambitni importerzy walczą o przetrwanie. Trzeba przyznać, że sprawa nie wygląda optymistycznie, ale takie są nieubłagane prawa rynku.
Osobiście byłem całkiem zadowolony z degustacji. Szkoda, że nie miałem czasu i nie załapałem się na seminaria lub nie pojawiłem się wcześniej. Nie sprawdziły się moje obawy, co do krwawego oblężenia hotelu Sheraton zimową porą. Nie było źle, no może wino było za ciepłe, ale to wina chyba zarządu hotelu oszczędzającego na klimatyzacji.


poniedziałek, 7 stycznia 2013

Tokajskie nawrócenie, a opłaty

Ze słodkimi butelkami z tego regionu przez długie lata nie było mi po drodze. A to za sprawą feralnego Sylwestra 1986/1987, gdzieś w blokowisku na warszawskich Jelonkach. Tuż przed Nowym Rokiem zabrakło Królewskiego w moim osiedlowym spożywczaku, a do nadwiślańskiej „Rybitwy” nie chciało mi się drałować. Zatem nabyłem słodki Tokaj, którego smak poznałem ówczesnej winiarni Marwil na Senatorskiej, do której czasami wlokłem się przez Ogród Saski po lekcjach z pobliskiego liceum. Również z w tamtych czasach obdarzany estymą Tokaj był raczej winem droższym, niż tańszym, zatem częściej zamawiałem tam szklankę jakiegoś okrutnego wermutu niż węgrzyna. Jako że byłem zestresowanym uczniem renomowanego liceum w apokaliptycznych czasach, butelkę Tokaju wnet opróżniłem na spółkę z kolegą. Niestety później to bardzo mocno odchorowałem. Zapewne wadliwa butelka albo takie tam… Przez kolejne dwudziestolecie wina z Tokaju omijałem szerokim łukiem. Region ten jawił mi się jako uosobienie słodkiego cierpienia układu pokarmowego i komunistycznego syfu w formie szlachetnej cieczy. Podczas ubiegłorocznej degustacji win tokajskich zorganizowanej przez Winicjatywę i Tokaj Renaissance okazało się, że nie jestem odosobniony w negatywnym postrzeganiu tego regionu. Kręcąc wino w kieliszku przedstawicielka jednej z winnic twierdziła, że wbrew pozorom, państwa postkomunistyczne są dla nich trudnym rynku zbytu. O ile np. w USA zaczynają promocję od poziomu 0, to w ex-demoludach od -2.

Na tokajskie wina spojrzałem nieco życzliwej dwie dekady później, przeczytawszy szeroki opis tego regionu w pierwszym numerze Magazynu Wino w 2008 r. O ile nadal nie tykałem absolutnie żadnych puttonów, to z ciekawością i przyjemnością otwierałem niekiedy wytrawne Furminty, które w wielu kulinarnych przypadkach mogą zastąpić z powodzeniem europejskie Rieslingi.
Podczas rzeczonej degustacji próbowałem wielu mniej lub bardziej udanych Furmintów, ale jeden pozostanie w piwnicy mojego mózgu na lata, a mianowicie Furmint
2011, który sporządziła enolożka Sarolta Bárdos z Tokaj Nobilis. Wino hipnotyzująco kwasowe, ostre jak brzytwa, mineralnie lodowate, krystaliczno czyste, kojarzące mi się z przenikliwym chłodem źródlanej wody bardzo wczesnym świtem, niezmąconej jeszcze dłońmi zidiociałych turystów, obżerających się kebabami z sosem czosnkowym.

Także samo wydarzenie Tokaj Renaissance na szczęście uniknęło najazdu hord nie(miłośników) wina dających złe świadectwo, za sprawą nałożeniu opłat w wysokości od 50 do 100 zeta w tym za degustację otwartą. W ciągu kilku ostatnich lat uczestniczyłem w wielu wydarzeniach winiarskich jako tłumacz, współorganizator, a najczęściej jako zwykły winospożywca. Widziałem z bliska wiele nieciekawych sytuacji począwszy od tzw. „open barów”, polegających na nalewaniu kieliszków pod brzegi podczas chwilowej nieobecności winemakera, czy chwytania butelek bez żenady w jego obecności i częstowania swoich kompanów, kończąc na ordynarnej kradzieży. Kilka lat temu widziałem skretyniałego przedstawiciela narodu z pierwszych stron gazet, który podszedł do naszego stolika i zabrał butelkę wina, by rozlać ją kolegom. Na prośbę winiarza portugalskiego grzecznie zwróciłem dwunogowi uwagę, by jednak zwrócił butelkę. On wtedy odrzekł, że jest posłem.
Oprócz gorszących zachowań (nie)przypadkowych ludzi, także nadmierne tłumy na degustacjach przynoszą odwrotny efekt do zamierzonego, bo tabuny przy stolikach ograniczają lub całkowicie uniemożliwiają choćby minimalny dialog z winiarzem, będący nieodzownym elementem poznawczym, testem czy ktoś rzeczywiście interesuje się danym produktem/winem. Zdecydowanie nadmierna liczba jak często przypadkowych osób sprawia także, że degustacja przypomina bardziej okolicznościowe wydarzenie w remizie strażackiej niż miłe, ciekawe obcowanie z winem.
Na szczecie tego wszystkiego udało się uniknąć w trakcie Tokaj Renaissance, za co należą się wielkie podziękowania Winicjatywie i jej pomysłowi wprowadzenia opłat. Wreszcie mogłem spokojnie porozmawiać, powąchać, pomedytować, nikt mnie nie przepychał, nie przerywał. W tak sprzyjających warunkach udało mi się po latach pogodzić ze słodkim Tokajem. Przebaczyliśmy sobie, a teraz będziemy nadrabiać stracony czas.






wtorek, 1 stycznia 2013

Luzytańskie konfrontacje

Na początku grudnia miałem przyjemność partycypować w zorganizowanej w Enotece Polskiej przez Winicjatywę degustacji „Najlepszych win Portugalii”, której znakomitą część stanowiły butelki pochodzące z prestiżowego zdaniem jednych, a według drugich nieco przereklamowanego klubu winiarskiego „Douro Boys”, skupiającego niewątpliwie znane i uznane portugalskie posiadłości Quinta do Vale Meão, Quinta do Vale Dona Maria, Quinta do Vallado, Quinta do Crasto oraz Niepoort. Na stole pojawiła się także butelka rezerwowa Igneus 2010 z Prioratu która zastąpiła kontuzjowaną Quinta de Chocopalha Reserva 2004, a także nieoczekiwany bonus w postaci wina ze wschodzącej gwiazdy regionu winiarskiego Douro i opisywanej w moim poprzednim poście Quinty de la Rosa.

Nie będę ukrywał, że jechałem bardzo podekscytowany na degustację. Jeszcze w tramwaju przeglądałem przewodnik Vinhos de Portugal 2010 autorstwa znanego i poważanego dziennikarza João Paulo Martins. Znakomitości takie jak Dirk Niepoort, Francisco Olazabal, Cristiano van Zeller, Miguel Roquette, czy Francisco Ferreira są niewątpliwie kardynałami, papieżami winiarstwa w Douro, za sprawą których region ten zmienił swe oblicze latach 90 ubiegłego stulecia, nadając butelkom Porto nowego wymiaru, a przede wszystkim sporządzając niezwykłe wina czerwone zapewniające im godne miejsce w panteonie nieśmiertelnych winemakerów luzytańskich. Absolutnie nie mogę zapomnieć o Jorge Moreira, enologu w posiadłości Quinta de la Rosa, który w porównaniu z wyżej wymienionymi jest na razie baronetem, mającym jednakże wszelkie atrybuty, by doścignąć swoich nauczycieli, o ile już tego nie zrobił, ale to pokażą jego kolejne roczniki win.

Obecna sława wina Porto to efekt splotu wydarzeń na europejskiej arenie politycznej z przełomu XVII i XVIII wieku, a także jeden z wielu owoców przymierza angielsko-portugalskiego zapoczątkowanego pod koniec XIV w. Na przełomie lat 80 i 90 XVII wieku, wojna Francji z Ligą Augsburską, w skład której wchodziła Rzesza, Anglia, Holandia, Hiszpania oraz Sabaudia, spowodowała zamknięcie portów i szlaków morskich, co doprowadziło do niedoboru wina w Anglii. Po kilkuletnich poszukiwaniach, flaszki, które wyszły naprzeciw oczekiwaniom podniebień ówczesnych angielskich winopijców, przyzwyczajonych do szlachetnych etykiet rodem z Bordeaux i Burgundii, zostały odkryte w regionie Douro. Aby sprostać trudom długich morskich podróży i zapobiec uszkodzeniu wina ówcześni handlarze postanowili dolewać do wypełnionych beczek winiak. Kilkanaście lat później Portugalia i Anglia podpisały w 1703 r. porozumienie handlowe (traktat Methuena), który przeszedł do historii jako jedna z najkrótszych umów międzynarodowych, na mocy której angielskie tekstylia i wełna cieszyły się przywilejami w Portugalii, a wina znad Douro były obłożone mniejszym cłem niż butelki z Francji. Kilka dekad później sukces win Porto był tak ogromny, iż premier rządu królewskiego Sebastião José de Carvalho e Melo, znany szerzej jako Markiz de Pombal, by zapobiec produkcji wszelakich podróbek oraz innym przekrętom, stworzył w 1761 r. w Douro pierwszą w świecie apelację, zarządzaną przez instytucję Real Campanhia das Vinhas do Alto Douro, odpowiadającą za jakość produkowanych w regionie win Porto. Zgodnie z przepisami wino mogło jedynie dojrzewać w Vila Nova de Gaia, która jest obecnie dzielnicą miasta Porto. Największy boom na te wina miał miejsce w XVIII i XIX w.

Od wieków wino Porto sporządzane jest z tych samych odmian winorośli, z których najszlachetniejszą jest niewątpliwie Touriga Nacional blendowana z innymi klasycznymi portugalskimi szczepami takimi jak Touriga Franca, Tinta Roriz, Tinta Barroca, Tinta Cao, a także Tinta Amarela, Sousão, Bastardo, Rufete e Mourisco. Obecnie region Douro podzielony jest na trzy różnice się od siebie pod względem terroir subregiony Baixo Corgo, Cima Corgo i Douro Superior.
Degustacje rozpoczęliśmy od wspomnianej Quinty de la Rosa i jej flagowej flaszy Douro Tinto Reserva 2007, o której pisałem w moim poprzednim poście. Tym razem wino mnie nieco rozczarowało. O ile miesiąc wcześniej wbiło mnie wraz z krzesłem w ściany Enoteki Polskiej, o tyle teraz zawiodło mnie brakiem nienagannej elegancji. Butelka moim zdaniem słabsza o tej, którą degustowałem kilka tygodni wcześniej, może odrobinę za ciepła, a może ciut uszkodzona, ale nadal bardzo przyzwoita.

Tak jak wspomniałem powyżej, nieco przypadkowo pojawiła się na stole butelka z Prioratu – Igneus 2010. Wino asfaltowo-owocowe w nosie. W ustach duża koncentracja owocu, niewtopiona jeszcze beczka, niezbyt duża kwasowość. Wino zdecydowanie inne od poprzedniego.
Butelką Quinta de Vallado 2005 Reserva rozpoczęliśmy de facto właściwą degustację win spod znaku firmowego Douro Boys. Pierwsze wzmianki o tej posiadłości pojawiły się już w dokumentach w 1716 r., gdy należała ona do rodziny Josefy Taveiry, której potomkowie sprzedali ją sto lat później António Bernardo Ferreirze, wujkowi i teściowi sławnej później z działalności winiarskiej Donie Antónii Adelaidzie Ferreira. Obecnie Quinta jest zarządzana przez João Ferreirę Alvaresa Ribeiro i Francisco Ferreirę, a głównym winemakerem jest Francisco Olazabal, który jest także właścicielem Quinty do Vale Meão.
Degustowane przez nas wino okazało się nieco nieokrzesane, niepoukładane w nosie. Dominowały aromaty ziół (esteva), czerwonych owoców, beczki, lekkiej mineralności. Natomiast na podniebieniu Quinta de Vallado 2005 Reserva wypadła znacznie lepiej, radując usta dobrą kwasowością, świeżością i przyzwoitym owocem. Mimo wszystko obecne na degustacji osoby, w tym niżej podpisany, miały nieco większe oczekiwania.

Z napięciem oczekiwałem kolejnej butelki, a mianowicie Quinty Vale Dona Maria 2005, pochodzącej z posiadłości o tej samej nazwie, należącej przez bodaj 200 lat do rodziny żony Cristiano Van Zellera, obecnego jej właściciela, ze względu na fakt, iż kolekcjonuję te flaszki począwszy od rocznika 2006 i do chwili obecnej jeszcze żadnej nie otworzyłem. „Marysia”, bo tak pieszczotliwie jest nazywana przez niektórych nad Wisłą, za młodu zwykła być winem dość zamkniętym i beczkowym, a dopiero z czasem przemienia się z nieponętnej larwy w pięknego motyla. Jak większość win z Douro, pochodzące z typowych dla tego regionu grona były ugniatane stopami w granitowych lagares, aby następnie poddać się fermentacji w oddzielnych kadziach i dojrzewać w pochodzących od różnych producentów beczkach z dębu francuskiego (70% nowych). Dywersyfikacja bednarzy jest także techniką stosowaną przez wspomnianego Jorge Moreira z Quinta de la Rosa i zapewne przez innych winemakerów. Choć jeszcze nieco alkoholowe, dzieło enolożki Sandry Tavares okazało się bardzo dobrze poukładane,

skoncentrowane, cieszące nos aromatami dojrzały czarnych i czerwonych owoców (malina), nutami wspomnianej wyżej estevy, łubkową mineralnością i doskonale wtopioną beczką. Na podniebieniu dominowała dobra kwasowość dzięki zastosowaniu „nożnej ekstrakcji” oraz eleganckie taniny. Finisz długi i mineralny. Moi zdaniem wino to jeszcze ma sporo lat życia przed sobą. Kilka dni później rozmawiałem z przyjacielem, który degustował Quintę Vale Dona Maria z roczników 2003, 2004, 2005 i 2006. Pierwszy z nich okazał się zdecydowanie najlepszy i mający jeszcze kilka lat przed sobą.

Kolejnym winem, które wypełniło nasze kieliszki była Quinta Vale Meão 2005. Położona w subregionie Douro Superior została nabyta przez wymienioną wyżej Donę Antónię Adelaidę Ferreira w 1877 r. Wino zdominowane przez Tourigę Nacional (65%) zdecydowanie różniło się od poprzednich za sprawą przede wszystkim terrorir (równy teren, mniej łupków, więcej granitu, gleb piaszczystych). W nosie bujność kontrolowana, sporo nut zielonego pieprzu i mineralnych, złożonych aromatów owocowych, trochę wędzonki, elegancji beczkowej w postaci nut tostowych i kawy. W ustach energetyczne dzięki wyraźnej kwasowości, sporo struktury, ułożonych tanin. Długi finisz.
Quinta do Crasto Touriga Nacional 2003 pochodzi ze starej posiadłości, wymienianej w dokumentach z 1615 r. Obecnie należy do Jorga Roquette i jego familii. Tradycyjnie wina pochodzące z tej quinty bliższe są w swej ekspresji Nowemu Światu niż Staremu Kontynentowi. Warto dodać, że enologiem w tej posiadłości był ongiś Australijczyk David Baverstock, który na początku lat 90 postawił na nogi posiadłość Quinta de la Rosa. Stąd też ten bizantyjski atak, dżemowy cios w nos, sporo też beczki. Mimo to wino absolutnie nie można powiedzieć, że wino nuży czy jest mdlące. W ustach pełne, głębokie, kwasowe, zakończone długim finiszem. Trzeba przyznać, że po dłużej chwili zasłona dżemowa opadła, beczka się nieco ulotniła dzięki temu wino zyskało na elegancji.

Quinta do Carmo 2000, sporządzone z szczepów Aragonês,Alicante Bouschet, Castelão, Trincadeira, Cabernet Sauvignon i Sirah i pochodzące z gorącego Alentejo, wino wydawało już mieć najlepsze chwile za sobą. Bukiet zdecydowanie ewoluowany, postępująca oksydacja, nuty karmelowe, itp. W ustach natomiast całkiem eleganckie mimo raczej niskiej kwasowości i zupełnie wtopionych garbników.
Ostatnim trunkiem jaki się raczyłem podczas tej znakomitej była Batuta 2001 od kontrowersyjnego charyzmatyka Dirka Niepoorta. Pomimo swych 11 lat wino nadal niezwykle świeże, mineralne i cechuje się doskonałą równowagą pomiędzy beczką i owocem w postaci nut jagód i jeżyn posypanych tradycyjnie estevą. Usta nadal młode, rześkie dzięki wysokiej kwasowości i energetycznym garbnikom. Finisz ad infinitum.
To była doprawdy dobra degustacja. Zwyciężyła chyba dość niespodziewanie Quinta de la Rosa Tinto Reserva 2007. Sam nań oddałem swój głos. Zastawiam się, czy ostatnie międzynarodowe i krajowe sukcesy tej posiadłości są znakiem nowych trendów w Douro czy też tylko incydentalnym wydarzeniem, chwilową eksplozją geniuszu Jorge Moreiry. Jak zareagują na to ambitni winemakerzy z Douro Boys? Tylko czas pokaże. Warto zatem żyć i czekać.