niedziela, 16 czerwca 2013

Sabat Terroirstów

„Ale kwach” – pomyślałem, gdy jako licealista podczas szkolnej wycieczki w tajemnicy przed nauczycielami z trudem przełknąłem łyk langwedockiego wina gdzieś pod dachami Montpellier. Pamiętam, że byłem bardzo zdziwiony, gdyż „francuskie wino” kojarzyło mi się wtedy z widokiem kiwających z uznaniem głów gości raczących się butelką nabytą przez moją mamę w Peweksie w Alejach Jerozolimskich z okazji imienin starego.
Do domu nie przywiozłem żadnej flaszki a jedynie miecz nabyty w zamku w Carcassonne, gdyż zaintrygowany niezwykłym krajobrazem, ruinami starych twierdz wzniesionych na wzgórzach, zainteresowałem się tragiczną historią katarów i ich gnostyczno-chrześcijańską religią podważającą ówczesny feudalno-religijny porządek w Europie. W szczególności w Langwedocji „nowa wiara” przybrała formę masowego ruchu religijnego. Papiestwo uznało katarów za heretyków, co doprowadziło do ich anihilacji w trakcie krucjat i działań inkwizycji w połowie XIII w. Tragedia katarów pozostawiła głęboką bliznę na tożsamości regionu.

Katarzy wydaleni z Carcassonne w 1209.

Degustacja win langwedockich zorganizowana przez Winicjatywę w hotelu Le Regina, znanym z perfekcyjnej obsługi winiarskich imprez, przypomniała mi o moich dawnych fascynacjach historycznych, ale także o zaniedbywanych przeze mnie winach z tego regionu.
Tak naprawdę to dopiero kilka lat temu spróbowałem pierwszych win langwedockich w nieistniejącej już winiarni na Bednarskiej. Były to wina pochodzące z legendarnej posiadłości Mas de Daumas Gassac. Te butelki były bardzo dobre, stąd też poświeciłem wtedy trochę czasu na poszukiwanie wiadomości na temat założyciela i właściciela posiadłości, mistycznego terroirysty i winiarskiego antyglobalisty, "pogromcy" wielkiego Roberta Mondaviego pod Aniane, Aimé Guibert’a.
Langwedocja wraz z Roussillon to niezakręcony kurek z winem czerwonym i jeden z największych regionów winiarskich na świecie, z którego pochodzi ponad 25% francuskiej produkcji. W skład typowego dla tego regionu blendu win czerwonych wchodzą dobrze nam znane szczepy carignan, grenache, sirah, a także cinsault i mourvèdre. Wina vin de pays dopuszczają inne szczepy, które zabraniają przypisy AOC, jak na przykład cabernet savignon czy merlot.

Niestety na degustację dotarłem prawie na fajrant i pozostało mi niewiele czasu na popróbowanie win. Rozpocząłem swój winiarski obchód od posiadłości Domaine de Cébène, należącej do apelacji AOC Faugères. Przesympatyczna właścicielka i winemakerka w jednym pani Brigitte Chevalier wyjaśniła mi na początku rozmowy, iż Faugères, w przeciwieństwie do innych apelacji langwedockich, posiada stosunkowo jednolity terroir, złożony przede wszystkim z łupków.
Pierwsze wino przeze mnie próbowane to Ex Arena 2011, skomponowane z grenache (85%) i mourvèdre (15%), pochodzące z winnicy położonej na pozostałościach morskich osadów. Wino miało bardzo ładnie zarysowany nos złożony z nut dojrzałych wiśni, malin oraz śródziemnomorskich ziół. W ustach czysty owoc z pikantnym finiszem.
Les Bancèles 2009 (syrah, grenache i mourvèdre) pochodzące z klasycznych łupkowych parceli wyróżniało się mineralną lekkością, kobiecą elegancją, natomiast rocznik 2011 był już nieco bardziej skoncentrowany, ale nie ociężały.
Berlle Lurette 2011 oraz Felgaria wzbudziły we mnie także dreszczyk emocji. Wszystkie te wina jakoś trudno mi jest zdefiniować. Można je kontemplować zarówno przy lekturze „Historii Langwedocji” lub popijać nimi dania z rusztu trzymając kieliszek w białych rękawiczkach.


Domaine Henry. To już inna apelacja, inne terroir, a w konsekwencji inne wina. Posiadłość należy do AOC Coteaux du Languedoc, ogromnej apelacji, odznaczającej się niezwykłą różnorodnością siedlisk i stref klimatycznych. Wina z tej posiadłości wydały się raczej szczodre, owocowo-ziołowe, ale zarazem finezyjne, dopięte solidnym mineralnym suwakiem. W szczególności przypadły mi do gustu dwie butelki Villafrenchiem (grenache, cinsault) 2010 a przede wszystkim Paloume 2008. To 100% mourvèdre! Zazwyczaj pod tą etykietą kryje się klasyczny langwedocki cuvée. Jednak rocznik 2008 okazał się spektakularny dla tego szczepu i postanowiono go zabutelkować oddzielnie.


Niezwykle sympatyczną postacią okazał się Cyril Bourgne z Domaine La Madura. To doświadczony winemaker, który zgłębiwszy tajniki winiarskie w Château Lynch Bages oraz Château Fieuzal w Bordeaux, nabył swoją wymarzoną 14 hektarową posiadłość w AOC Saint-Chinian w 1998 r. Prowadzi on ją wraz z żoną i dziećmi. Poszczególne parcele są porozrzucane po różnych siedliskach, stąd też złożoność struktury i finezyjność butelek La Madura Classic 2011 oraz La Madura Grand Vin 2011, która zasługują na szczególną uwagę.


Kiedy patrzyłem na sfatygowane pracą w winnicy dłonie Jona Bowena, dość ekscentrycznego Brytyjczyka nalewającego mi do kieliszka La Serre 2011, pomyślałem, że oto będę miał okazję spróbowania czegoś zupełnie innego. Fakt, wina z Domaine Sainte Croix wydają się być bardziej "północne" niż śródziemnomorskie, chyba przez swoją podkręconą kwasowość, która według Brytyjczyka jest zamierzonym efektem nieco wcześniejszych zbiorów. Pod koniec degustacji wina te działały naprawdę odświeżająco.


Wreszcie Le Clos du Gravillas. Podczas rozmowy z właścicielem posiadłości Johnem Bojanowskim okazało się, że minęliśmy się ponad dwie dekady temu podczas współpracy z jedną pierwszych firm informatycznych na rynku polskim. W ciszy pieleszy spróbowałem dzień po degustacji Le Rendez-Vous du Soleil 2010 Côtes du Brian IGP. Sporo jeżyn i wiśni, cabernetowego grafitu, przejściowego zapachu krwi po surowej wołowinie na talerzu i podtrzymujący materię mineralny kręgosłup. Wino jak dla mnie refleksyjno-epikurejskie, co osobiście mi bardzo odpowiada.



Niestety nie zdążyłem podejść do stoliczka z butelkami z posiadłości Virgille Joly, które dobrze pamiętam z kolacji/degustacji zorganizowanej kilka miesięcy temu w Enotece Polskiej.


Po degustacji win langwedockich uzupełnionej przesympatyczną kolacją z winiarzami miałem uczucie, że uczestniczyłem w sabacie terroirstów, w jakimś niezwykłym spotkaniu winemakerów oddanych bez reszty swojemu winu i terroir. Odniosłem wrażenie, iż są w jakiś sposób duchowymi następcami wspomnianego powyżej Aimé Guibert’a, zakładającego, że winiarz i terroir to naczynie połączone, z którego powstaje najprawdziwsze vin vigneron. Zdecydowana większość winemakerów uprawia winorośl w posiadłościach nie większych niż kilkanaście hektarów, produkujących częstokroć świetne wina w ilościach butikowych. Butelki te mają w sobie wiele serdeczności, bezpretensjonalności, a zarazem duchowego oporu przeciwko "fabrykom wina". Wydaje się, że w Langwedocji ten bój o wiarę w „prawdziwe wino” jest częścią tożsamości tego regionu, tak okrutnie doświadczonego przed wiekami. Intuicja podpowiada mi także, iż jeszcze nie wiemy i długo chyba nie będziemy wiedzieć w jakim kierunku ostatecznie będzie podążać winiarstwo langwedockie, tym bardziej, że obie strony sporu o istotę wina posądzają się o herezję.