sobota, 27 lipca 2013

Bordeaux przelotem

Samo południe. Zerkając niecierpliwie na zegarek przyglądałem się, jak zakładowy faks wypluwa potwierdzenie wysłania wiadomości do Centrum Kontroli Lotów. Naniosłem ostatnią poprawkę do współrzędnych trasy przelotu brazylijskiego ministra nad terytorium RP. Dla świętego spokoju uzyskałem jeszcze potwierdzenie telefoniczne i mogłem wreszcie ruszyć na degustację organizowaną przez Union des Grands Crus de Bordeaux w Arkadach Kubickiego, podczas której ponad 70 „zamków” prezentowało swoje arcybutelki z rocznika 2010.
Długo czekałem by w końcu pogrążyć się w tej rajskiej dziecinie ułudy, ulec choć przez chwilę perwersyjnej magii marketingu, windującego flaszki z tego regionu na skraj cenowej stratosfery, popatrzeć na świetnie skrojone garnitury, napełnić usta kilkoma kroplami wzniosłej świętości, niczym wierni całujący relikwie. Jednocześnie skutecznie wyparłem sobie z świadomości fakt, iż rocznikiem 2010 można będzie się zachwycać za kilka a może kilkanaście lat, a nie teraz. Liczyłem, że znajdę właściwą butelkę przy której posłucham kiedyś “When I’m sixty-four” The Beatles.

„When I get older losing my hair,
Many years from now,
Will you still be sending me a valentine
Birthday greetings bottle of wine?”

Stąd też wyprzedzeniem przygotowywałem merytorycznie i duchowo do tego obrzędu, który po raz pierwszy odbywał się nadwiślańskim grodzie.
Miałem też mniej wzniosłe, choć ciekawe jak dla mnie oczekiwania. Chciałem spróbować i porównać Château Belgrave 2010 z bratnią butelką z roku 2001, którą całkiem niedawno zdegustowałem gronie przyjaciół-winospożywców. Oczekiwałem także, że spróbuję Château Gruaud Larose, którym raczył się w sanatoryjnej restauracji mój ulubiony bohater literacki Hans Castorp w powieści Tomasza Manna „Czarodziejska Góra”
Choć na miejsce przyjechałem punktualnie, to zamienione w tymczasowe sanktuarium winnego marketingu Arkady Kubickiego było już niemalże wypełnione po brzegi nie(wyznawcami) flaszek z najsłynniejszego regionu winiarskiego świata.
Oszołomiony i nieco zagubiony wtopiłem się w tłum, wymieniłem uprzejmości z napotkanymi koleżankami i kolegami. Wzrok mój nerwowo prześlizgiwał się po nazwach znanych lub nieznanych mi Châteaus.
Wreszcie w głębi arkad przez grube szkła swoich bryli dostrzegłem poszukiwany Château Belgrave.

Zanim Monsieur Nicolas napełnił mi kieliszek winem, opowiedziałem mu o degustowanym przeze mnie roczniku 2001, o tym, że kolejną butelkę otworzę niebawem przy okazji osiemdziesiątych urodzin mojej mamy. Szczerze poruszony Monsieur Nicolas nalał mi do mojego krystalicznie czystego jeszcze kieliszka kilka kropel wina. Czar prysł jak bańka mydlana. Wyobraźnia przestała kreować marketingowe obrazy wyjątkowości, alter-rzeczywistości, bo w młodziutkich Bordeaux nie ma jeszcze tej przestrzeni, finezji, wielowiekowej opowieści, ale być może do dalekowschodnich stołów pasują jak ulał już dziś, czego Monsieur Nicolas nie negował.

Udało mi się spróbować jeszcze przelotem kilka butelek z różnych apelacji. Wina cechowały się owocowością, ale chyba nie tak rozchełstaną jak w roczniku 2009, a także dobrą kwasowością i solidnymi taninami. Zwracałem także uwagę na dość wysoką zawartość alkoholu w poszczególnych butelkach, ale nie był on aż tak bardzo wyczuwalny chyba dzięki stosunkowo wysokiej wspomnianej kwasowości.
Niemalże Château Lafon-Rochet wyleciał mi nosem i oczyma, gdy na ekranie mojego telefonu wyświetlił się numer mojego szefa. Nerwowo nacisnąłem na zielony guzik. W gwarze rozmów toczących się wokół mnie zrozumiałem jedynie, że zamykana jest przestrzeń powietrzna nad Ukrainą. Trzeba natychmiast sporządzić i przesłać nowe współrzędne do Centrum Kontroli Lotów. Masakra! Było zaledwie kilkanaście minut po trzynastej, degustacja ledwie się zaczęła, a musiałem wracać na zakład. Ogromne szczęcie w nieszczęściu. Co by było gdyby telefon zadzwonił 2 – 3 godziny później…?
Po kwadransie byłem z powrotem w pracy. Do przekroczenia granicy powietrznej zostało kilka minut. Nie było czasu na sporządzenie faksu. Dzwonię do Centrum Kontroli Lotów. Brazylijczycy przysłuchują się z napięciem mojej rozmowie, choć nic nie rozumieją. Załatwione. Jest zgoda! Samolot może przekroczyć granicę przed wyznaczoną wcześniej godziną.
Wróciłem na degustację, ale po marynarkę, którą zostawiłem tam w pośpiechu. Widziałem wychodzących, niezwykle zadowolonych nie(wyznawców) Bordeaux. Chyba najbardziej żałowałem, że nie spróbowałem wspomnianego Château Gruaud Larose.

„Hans Castorp zacierał świeżo umyte ręce gestem wyrażającym zadowolenie i oczekiwanie; robił tak zawsze, siadając do stołu – może dlatego, że jego przodkowie modlili się przed podaniem zupy.
Usługiwała im uprzejma dziewczyna w czarnej sukni i białym fartuszku, z szeroką twarzą o niezwykle zdrowej cerze, i z gardłową wymową.
Zamówili u niej butelkę Gruaud Larose, ale Hans Castorp odesłał flaszkę z powrotem, by jej nadano właściwą temperaturę.
Jedzenie było doskonałe.
Podano zupę szparagową, faszerowane pomidory, pieczeń suto garnirowaną, wyjątkowo smaczną leguminę, sery i owoce.
Hans Castorp jadł bardzo wiele, chociaż apetyt nie dopisał mu w tym stopniu, jak się tego spodziewał; ale ponieważ dbał o swoje zdrowie, przeto jadał dużo nawet wtedy, kiedy nie był głodny. Joachim ledwie tknął potraw. Mówił, że mu się tutejsza kuchnia przejadła, że oni wszyscy tutaj mają jej dosyć i że się już przyjęło wymyślać na jedzenie, bo przecież siedzą tu wieczność całą z okładem...
Ale wino pił z przyjemnością, nawet z pewną pasją, i kilkakrotnie - jednakże starannie unikając zbytniej uczuciowości - dawał wyraz swojemu zadowoleniu, że wreszcie znalazł się ktoś, z kim można rozsądnie porozmawiać”.
Tomasz Mann „Czarodziejska Góra”



Mama skończyła właśnie 80 lat.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Mamy przełom w polskim winiarstwie?

Nie mecz futbolowy a VIII Konwent Winiarzy Polskich skusił mnie do przekroczenia po raz pierwszy bram Stadionu Narodowego, nieopodal którego zwykłem przejeżdżać rowerem w drodze do pracy.
Muszę przyznać, że byłem nieźle zaskoczony ogromnym rozmachem organizacyjnym i promocyjnym tegorocznego spotkania polskich winemakerów, tym bardziej że poprzedni konwent według większości krytyków winiarskich delikatnie ujmując miał raczej ponury przebieg pod względem degustowanych butelek.
Winom polskim przyglądam się z sympatią i zaciekawieniem od dłuższego czasu. Przyznam też, ze właśnie przy okazji głośnej „awantury o polskie wino”, poniekąd za sprawą uporczywego wiercenia dziury w brzuchu w wykonaniu mojej żony zacząłem w końcu tworzyć tym okresie ten oto blog.
Spodziewając się dużego zainteresowania otwartą dla publiczności degustacją win polskich postanowiłem wziąć udział w panelu degustacyjnym prowadzonym przez czołowych rodzimych ekspertów. Dobrze, że organizatorzy postanowili przeprowadzić ją w „w ciemno”. Bardzo przytomny pomysł!


Nie wiedziałem czego mogę się spodziewać po winach polskich z rocznika 2012. W maju niestety nie dojechałem na wiosenną „zajawkę” winiarską w Janowcu. Już pierwsze degustowane flaszki nastawiły mnie pozytywnie. Na kilka butelek zwróciłem uwagę z różnych powodów. Po prosto nie można było przejść obok nich obojętnie.

Hibernal 2012, 11,5%, Winnica Pasjonata, Małopolski Przełom Wisły
Wyrazisty korzenno-kwiatowy nos. Wino zdecydowanie ekstraktywne, atrakcyjne w ustach, dzięki przemyślanej strukturze, zakończone długim finiszem.

Solaris 2012, 12,5%, Winnica Kresy, małopolskie,
To wino trochę mnie skonfundowało przez swój nieco ekscentryczno-naukowy nos. Zdawało mi się, że z kieliszka wydobywa się woń potu, co skrzętnie zapisałem w notatce, ale zdecydowanie nie tego nadwiślańskiego, częstokroć spotykanego latem w środkach komunikacji miejskiej, a raczej egzotycznego, plantacyjnego. Myślałem, że to jakaś mikrobiologiczna wada wina. Jednak po zakręceniu kieliszkiem pojawiły się stosunkowo świeże, trawiasto-ziołowe aromaty przypominające nieco sauvignon blanc. W ustach smaczne, cytrynowe, zakończone lekko gorzkawą grejpfrutową końcówką.

Cuve białe 2011, 11,5%, Winnica Golesz, podkarpackie.
Winnica Golesz przedstawiła nieco enigmatyczny jak dla mnie blend złożony muskatu odeskiego 60%, bianki 30% oraz nieznanej mi biony 10%. Dominujące aromaty muszkatowe polane jabłkową zasmażką. Usta zdecydowanie kwasowe, z nieco zielonkawą końcówką.

Chardonnay 2012, 12,8%, Winnice Wzgórz Trzebnickich, Dolny Śląsk.
Wino entuzjastycznie przyjęte przez większość uczestników panelu. W końcu mieliśmy do czynienia ze szlachetną odmianą i to jeszcze dumnym chardonnay. W nosie sporo jabłek, trochę aromatów owoców egzotycznych, przede wszystkim cytryn, dających opór subtelnemu powiewowi polskiej kiszonki z domieszką landrynek. W ustach sporo dobrej jakości kwasowości, zakończonej pikantnym finiszem.

Cuvee Blanc 2012, 12%, Winnica Amonit, małopolskie
Bardzo ciekawym i złożonym winem na tle innych białych butelek okazał się kupaż sibery 45%, kernera 29%, muscata ottonela 19% i pinot gris 7%. Wino przekrojowe, doskonale wyodrębniające cechy poszczególnych elementów blendu. Sporo kwiatów, miodu, aromatów muszkatowych. Świeża kwasowość zbalansowana perfekcyjnie wymierzonym cukrem resztkowym.

Leon Millot 2012, 12,7%, Winnica Krokoszówka Górska, Małopolska,
Niezwykle serdeczne w swym przekazie wino, które można byłoby pić ze skórzanego gąsiora w gronie przyjaciół. Prawdziwa bomba wiśniowa-buraczkowa posypana przyprawami korzennymi. Zredukowana kwasowość i mięciutkie taniny. Bardzo fajne, prostolinijne wino wykonanie z zupełnie mi nieznanej odmiany.

Marechal Foch 2012, 13%, Winnica Krokoszówka Górska, Małopolska
Bardzo podobnie stylistycznie wino od tego samego winemakera. Sporo przyjaznej rustykalności. Wręcz prosi się o przelanie do ogromnej szklanicy.

Regent 2012, Winnica Nad Jarem, świętokrzyskie, 14,5%
Wino szczodre. Nos owocowy, leśny. Na podniebieniu gęsta, soczysta materia. Przemyślana struktura. Dobrze poukładane taniny i elegancka kwasowość.

Rondo 2011, Winnica Zadora, małopolskie, 12%
Mogę tylko podziwiać wprawną rękę winemakerki. Jak na polskie standardy wino cechujące się piękną, złożoną architekturą. Wszystko jest precyzyjnie poukładane i zbalansowane. Jerzyny, jagody. Świetna materia w ustach podkreślona wyrafinowaną kwasowością.

Jaką miarą należy oceniać polskie wino? To pytanie zawsze sobie zadaję, gdy próbuję rodzime butelki. Klimat nie jest wymarzony, pokoleniowego doświadczenia też brak. Trudno jest je porównywać, gdyż brakuje jakiegoś idealnego punktu odniesienia. Morawy? Może wschodnie niemieckie landy? Pytania retoryczne. Nie wiem w jakim stopniu wina prezentowane podczas VIII Konwentu Winiarzy Polskich odzwierciedlały rocznik 2012. Tak czy owak butelki próbowane na Stadionie Narodowym wydały mi się najlepsze pod względem „robocizny” spośród tych, które piłem w ostatnich latach. Sprzyjające warunki atmosferyczne, a może coraz większa wiedza i doświadczenie? Przez długi czas miałem wrażenie, że rodzime wina są robione na podstawie identycznego podręcznika, jakieś jednej myśli przewodniej. Stąd może powtarzające się problemy z utlenieniem, zieloną kwasowością, wodnistością, kompulsywnie używanymi wiórami, kiszonką w winach białych, ziemniaczanym aromatem win czerwonych, doborem odmian, itp. Oczywiście można było zwalić całą winę na klimat, srogą zimę, ale czołówka polskich winiarzy udowadnia, iż posiada wystarczającą wiedzę, by sobie poradzić z przeciwnościami aury pogodowej oraz geografii. Przecież niekiedy wystarczy dokonać niemiłosiernej selekcji gron, by uzyskać lepszą jakość wina.
W trakcie szkolenia winiarskiego na Morawach, zaobserwowałem pewien dysonans pomiędzy merytoryczną treścią zawartą w rodzimych podręcznikach a wiedzą przekazywaną przez doświadczonego, wykształconego morawskiego winemakera/wykładowcę. Może warto przyjrzeć się polskim winom z większego dystansu? Intuicja podpowiada mi, iż głos zagranicznego winiarza/eksperta pozwoliłby chyba precyzyjniej i obiektywniej ocenić rodzime wina, wskazać błędy lub wyodrębnić mocne strony, innymi słowy wnieść wartość dodaną. Dlatego też chciałbym nieśmiało zasugerować organizatorom przyszłorocznego konwentu drobną zmianę formuły otwartego panelu degustacyjnego i zaproszenie 1-2 ekspertów pochodzących z krajów winiarskich leżących na zbliżonej szerokości geograficznej, co RP. Myślę przede wszystkim o Morawach i Niemczech. Jestem przekonany, iż taka formuła przyniesie wszystkim, a w szczególności polskim winiarzom wymierne korzyści w dłuższej perspektywie czasu.