piątek, 5 grudnia 2014

Wino offline

Minęło już kilka miesięcy, odkąd przestałem wnikliwie śledzić nowinki winiarskie w
zgiełku cyberprzestrzeni, przede wszystkim na Facebooku, z którego wymiksowałem się już chyba na dobre. Teraz, patrząc z perspektywy czasu, uważam że takie niekontrolowane lajkowanie dziesiątek winiarskich newsów wręcz oddalało mnie od wina, gdyż częstokroć zastępowało rzeczywisty z nim kontakt. Tak naprawdę to nie pamiętam, ile to win, których nigdy nie spróbowałem, i nigdy nawet nie widziałem na oczy w realnym świecie „polubiłem”.
Z różnych też względów, w tym głównie z powodu absolutnego braku czasu, musiałem niestety odpuścić sobie na jakiś czas degustacje i zawiesić pisanie bloga. Innymi słowy, obcowanie z winem w dotychczasowej formie zeszło na boczny tor.
Mimo wszystko, nie był to czas stracony. Zdystansowanie się do tego, co się nawet bardzo lubi, może być twórcze i odświeżające. Proszę nie myśleć, że w tym czasie popijałem stek herbatką czy kompotem. Nadal otwierałem butelki, a przy wyborze etykiet kierowałem się zdobytą wiedzą, doświadczeniem, intuicją czy rozmową ze sprzedawcą. Nie ukrywam, że wino odcięte od internetowej wrzawy smakuje inaczej, jakoś tak po staremu, jak dla mnie dużo lepiej.



Wino online czy w głowie?

Już jakiś czas temu spostrzegłem, że im więcej czytam o winach na ekranie monitora, tym mniej o nich wiem. Co prawda nadal rutynowo gromadziłem ciekawe książki i specjalistyczne czasopisma, które po pobieżnej lekturze odkładałem niestety na przepełnioną półkę. Dawniej czytałem wszystko od deski do deski, w specjalnym kajeciku notowałem tytuły ciekawych artykułów, numery stron, etc,. Czułem, że w mózgu noszę sporo rzetelnej wiedzy, co dawało mi sporo pewności siebie podczas degustacji. Jednocześnie smartfony, aplikacje, blogi winiarskie przepełnione linkami sprawiały, że przestawałem być miłośnikiem wiedzy winiarskiej a stawałem się jedynie łowcą wyselekcjonowanej wino-informacji w internetowej dżungli. Ostatnio wróciłem do nie tak odległych czasów, gdyż zatęskniłem za magią opasłej książki winiarskiej i głęboką lekturą dobrego felietonu na papierze. Nie ukrywam, że na moją decyzję miała wpływ nominowana m.in. do nagrody Pulitzera 2011 książka pt. „Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg” autorstwa Nicholasa Carra, wybitnego amerykańskiego publicysty i badacza Internetu.
Dla mnie internauty, quasi blogera winiarskiego i konsumenta wina, lektura tej pozycji stała się asumptem do napisania niniejszego posta, a także do przemyślenia koncepcji mojego blogowania w świetle najnowszych badań naukowych opisanych w rzeczonej książce. Innymi słowy, co zrobić, aby czytelnik faktycznie pochylił się nad dobrym tekstem wyświetlonym na ekranie, a nie ledwie musnął go wzrokiem?




Więcej, nie znaczy lepiej


Przez długi czas czułem pewne zakłopotanie, kiedy porównywałem layout mojego winiarskiego bloga z innymi wiodącymi nad Wisłą stronami. Mój wydawał się ascetyczny, ubogi, a wręcz primitvo - praktycznie bez żadnych instrumentów nawigacji, strumieni nagrań, itp. W świetle ostatnich badań naukowych łączenie wielu różnych typów informacji na jednym ekranie pogłębia proces fragmentacji treści oraz, w jeszcze większym stopniu, nas rozprasza. Nie możemy na przykład oddać się bez reszty lekturze świetnego felietonu o Burgundii, bo akurat zdecydowaliśmy się wcisnąć jakiś link przy nim zamieszczony. Sama decyzja o kliknięciu myszką powoduje rozproszenie linearnej pracy mózgu, nie wspominając już o konsekwencjach „przeskoczenia” choć na chwilkę na kolejną stronę. Dlatego też lepiej jest, moim zdaniem, zamieszczać linki pod tekstem, zwiększamy wtedy szanse, by czytelnik w skupieniu doczytał nasz post do końca, a jego ważniejsze fragmenty przecisnęły się z pamięci roboczej do długotrwałej i coś w głowie zostało na dłużej (obydwa pojęcia wyjaśniam poniżej).
Autor wyżej wymienionej książki opisuje to zjawisko w następujący sposób: „Dziesiątki badań prowadzonych przez psychologów, neurobiologów, pedagogów czy projektantów stron internetowych prowadzą do tego samego wniosku: gdy podłączamy się do sieci, wchodzimy w środowisko, które sprzyja pobieżnemu czytaniu, chaotycznemu myśleniu i powierzchownej nauce. Można oczywiście snuć głębokie refleksje surfując po internecie, tak jak można ślizgać się po powierzchni, czytając książkę. Nie jest to jednak typ myślenia, który omawiana technika wspiera i nagradza.”
Z badań naukowych oraz z moich osobistych doświadczeń wynika, że im częściej przeglądamy strony internetowe (załóżmy, że w naszym przypadku chodzi głównie o portale i blogi winiarskie), tym rzadziej czytamy książki o tej tematyce. Poza tym, im częściej przeskakujemy z linku na link, tym rzadziej oddajemy się refleksji i kontemplacji. Jakie są tego konsekwencje? Tu przypomnę przywoływany przeze mnie przykład przepełnionej półki z ledwo tkniętymi książkami winiarskimi, Lektura online - ze względu na występowanie jednocześnie wielu bodźców na ekranie - jest zazwyczaj pozbawiona pewnego rodzaju głębi, radości wynikającej z zatopienia się w tekście i linearnym myśleniu. Co ciekawe, eksperymenty polegające na obserwacji pracy mózgu za pomocą specjalistycznej aparatury dostarczyły badaczom bardzo interesujących informacji. Otóż naukowcy zauważyli, iż schemat działania mózgu u ludzi korzystających bardzo często z wyszukiwarki internetowej różni się zasadniczo od tego, który występuje u przysłowiowych moli książkowych. W pierwszym przypadku uaktywniają się przede wszystkim przedczołowe obszary mózgu, które uczestniczą w podejmowaniu decyzji (kliknąć na link czy też nie?) i rozwiązywaniu problemów (cholera, komputer się zawiesił, itp.). W drugim zaś przypadku intensywnie działają obszary mózgu związane z językiem, pamięcią i przetwarzaniem bodźców wizualnych. Dlatego też, zdaniem naukowców uczestniczących w eksperymencie, arcyaktywni internauci mają trudności z głęboką lekturą tekstu oraz czynnościami wymagającymi dłuższej i trwalszej koncentracji w wirtualnym świecie. Konieczność oceniania wartości różnych linków, podejmowanie decyzji o przeskakiwaniu z jednej strony internetowej na drugą, a także wszechobecność różnych bodźców na ekranie (np. reklamy wina), wymagają koordynacji czynności umysłowych i zaburzają pracę mózgu skoncentrowaną na interpretacji tekstu. Zatem, drogi internaucie, jeśli dotarłeś do tego miejsca, jesteś moim bohaterem!


Pamięć krótkotrwała i pamięć długotrwała

Te dwa pojęcia są kluczem do zrozumienia mechanizmu związanego z lekturą online i lekturą tradycyjną. Zdaniem badaczy, szczególny typ pamięci krótkotrwałej, czyli tak zwana pamięć robocza, odgrywa zasadniczą rolę w przekazywaniu informacji do pamięci długotrwałej. Według naukowca cytowanego w książce to pamięć robocza wypełnia naszą świadomość. Innymi słowy, jesteśmy świadomi tego, co znajduje się w pamięci roboczej i nieświadomi całej reszty. Pamięć długotrwała natomiast jest ośrodkiem rozumienia, gdyż przechowuje fakty, i przede wszystkim złożone koncepcje oraz schematy poznawcze, które stanowią o głębi i bogactwie naszego myślenia. Co ważne, abyśmy mogli przywołać to, czego się nauczyliśmy lub doświadczyliśmy w przeszłości, nasz mózg musi z powrotem przenieść dane z pamięci długotrwałej do roboczej, wtedy to uświadamiamy sobie, że coś było przechowywane w głowie od długiego czasu.
Przykład, który zacytuję poniżej, wyjaśnia nurtującą mnie od dłuższego czasu zagadkę, czyli dlaczego czułem się znacznie lepiej przygotowany do degustacji, gdy zdobywałem wiedzę winiarską ze źródeł w formie drukowanej niż po wyłapywaniu kluczowych informacji w internecie, nawet bardzo dobrych pod względem merytorycznym.
„Wyobraźmy sobie napełnianie wanny za pomocą naparstka – takie właśnie wyzwanie stanowi przenoszenie informacji z pamięci roboczej do pamięci długotrwałej. Regulując szybkość oraz intensywność ich przepływu, media wywierają silny wpływ na ten proces. Gdy czytamy książkę, informacje płyną z kranu jednostajnym strumieniem, który możemy kontrolować za pomocą tempa lektury. Poprzez skierowanie całej uwagi na tekst jesteśmy w stanie przenieść wszystkie informacje albo ich znakomitą większość, naparstek po naparstku, do pamięci długotrwałej i tworzyć liczne połączenia, które są niezbędne do powstawania schematów poznawczych. W internecie mamy do czynienia z bardzo wieloma kanałami informacyjnymi, przy czym wszystkie są odkręcone maksymalnie. Nasz malutki naparstek przepełnia się za każdym razem, gdy przechodzimy z jednego kranu do drugiego. Jesteśmy w stanie wówczas przenieść do pamięci długotrwałej tylko niewielką porcję informacji, a tak naprawdę przenosimy mieszaninę kropel zebranych z różnych kanałów, nie zaś ciągły, spójny strumień z jednego źródła”.
Dlaczego jest tak, że de facto chcemy byś rozpraszani w sieci? Odpowiedź wydaje się stosunkowo prosta. Według naukowców chcemy być rozpraszani, ponieważ każda przyczyna rozproszenia oznacza jednocześnie pojawienie się nowej, cennej dla nas informacji. Wyłączenie funkcji powiadamiania w smartfonach oznacza odcięcie od informacji, często zupełnie błahych, bez których jednak większość z nas nie może żyć, cokolwiek by to nie było: nowy tweed o winie, zaproszenie do degustacji na fejsie, etc. Wobec tego zgadzamy się, aby internet nam przeszkadzał, chcemy, by wciąż nas dekoncentrował, rozbijał nasze myślenie niczym spadający kieliszek wina na podłogę w zamian za bujność informacji, niezależnie od ich wagi i znaczenia.
Co zatem zrobić, by internet podłączony do smartfonów, ipadów, etc. nie stał się przyczepnym, albo jak kto woli, kieszonkowym mózgiem? Myślę, że trzeba mieć świadomość, iż internet jako medium ma ogromny wpływ na nasz mózg, czyli życie, i coraz szybciej go przekształca. Chyba nie zawsze w dobrym kierunku. Zaczyna zdecydowanie ograniczać jego pracę i wpływa na głębokość naszych refleksji i emocji. Dlatego też należy szukać, o ile jest to jeszcze możliwe, złotego środka. Na przykład dobry tekst winiarski dobrze jest wydrukować i spokojnie przeczytać, co sprawi nam wiele przyjemności, a sporo ciekawych informacji pozostanie na długo w głowie.
Jeśli chodzi o mnie, to nadal będę pisał blog. Powiem więcej, przygotowuję się do nowego cyklu postów. Ostatnio też przekształciłem mój smartfon w telefon, kasując wiele wiodących ikonek. Laptop schowałem do górnej szuflady, a pod ręką mam cały czas otwartą ogromną książkę winiarską.