czwartek, 12 lutego 2015

Okno na Brouilly



„Świetne wino” – stwierdziłem ekspercko przybierając pozę zblazowanego nadwiślańskiego blogera przełykającego rocznikowego szampana, gdy mój młodociany bratanek M. wręczył mi butelkę pochodzącą z Brouilly. Chwilę później musiałem jednak solidnie nadrabiać miną, gdyż nie mogłem umiejscowić tej apelacji na mapie słodkiej Francji, która z niemałymi problemami wyświetliła mi się na ekranie mojego mózgu. Gdzieś dzwoni, ale nie wiadomo w którym kościele. Nie chciałem się dłużej kompromitować, tym bardziej że w oczach bratanka byłem co najmniej znawcą win i dlatego też szybką sięgnąłem po opasłą książkę winiarską.
Przewróciłem sporo kartek zanim dowiedziałem się, albo może sobie przypomniałem, że mam do czynienia z Burgundią, a dokładniej z jednym z dziesięciu wyjątkowych siedlisk (crus) w Beaujolais, ziemi obiecanej szczepu gamay.


Ta butelka nabrała dodatkowego wymiaru, gdy M. z uśmiechem na twarzy przyznał, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, że dostał ją w ramach zapłaty za pracę przy winobraniu w CHATEAU DES TOURS. Bratanek nie znał się zbytnio na winach. Jakiś czas temu nauczyłem go poprawnie trzymać kieliszek i odróżniać nuty owocowe od warzywnych. Zbieranie winogron było w jego przypadku ostatnim etapem kilkumiesięcznego detoksu po ponad trzyletniej pracy w korporacjach. Przyznam, że zaimponował mi rzucając w tak młodym wieku świetnie płatną pracę i doskonale zapowiadającą się karierę w trudnych dla młodych ludzi czasach. Przede wszystkim bardzo mu zazdrościłem wielotygodniowej wędrówki po górach i wspinaczki po skałach no i roboty w nie byle jakiej posiadłości we Francji. Jego relacja wydała mi się ciekawa i dlatego też postanowiłem się z nią podzielić
Winobranie zaczęło się 10 września i trwało 10 dni. Polacy, Hiszpanie, Włosi i Francuzi zaczynali pracę o 7.00 rano tuż po śniadaniu. Między 8.30 a 9.00 pracownikom donoszono drugie śniadanie - mâchon - składające się z kiełbasek, serów i wina. Według bratanka, nie było zbyt wielu adeptów porannego kielicha, no chyba oprócz tych charyzmatyków, którzy po prostu potrzebowali klina. Gorący posiłek serwowano po 12.00 i trwał do 13.30. Był jeszcze mały podwieczorek ok. godziny 15.30, natomiast kolację podawano już po pracy, czyli o 18.45.
W Chateau des Tours winnice malowniczo okalają średniowieczny zamek z XIV w, a do przylegającej doń winiarni zwożone są bezpośrednio zebrane winogrona. M. zrywał je ręcznie, ale już część winnic przystosowana jest do zbiorów mechanicznych, co budzi smutek u starych pracowników posiadłości, która jak zasłyszał M., jest obecnie w posiadaniu jakiegoś „milionera”. Posiadłość jest niemała i liczy ponad 50 h winnic, w tym porośniętych starymi krzewami winorośli.
Niestety o sekretach i niuansach winifikacji w Chateau de Tours nic nie mogę napisać, gdyż mojemu bratankowi nie przyszło do głowy, że stryj byłby bardzo zainteresowany tym tematem. Zwrócił natomiast uwagę, że krzewy winorośli rosły na żwirowo-kamienistej glebie.
Butelkę Chateau des Tours 2013 odkorkowałem przy okazji wizyty mojego brata, który nie krył radości, że poczęstowałem go winem przywiezionym przez jego syna. Zwróciłem uwagę na bardzo elegancką fakturę i taniny, niezłą koncentrację oraz subtelną mineralność wtopioną w owoc. Takie wino musi cieszyć i smakować. Od ponad dwóch lat nie piłem żadnego Beaujolais, w tym Nouveau, na który zresztą oprócz wątroby szkoda mi czasu i atłasu. I to był chyba główny powód, dla którego jakoś tak podświadomie wkładałem wszystkie butelki z etykietą „Beaujolais” do jednego worka, niezależnie od apelacji, choć przypominam sobie teraz, że ongiś zaglądałem do nieistniejącej już Enoteki Polskiej, by nabyć najtańszą butelkę od Marcela Lapierre’a.
Gdy słuchałem relacji mojego bratanka czekałem na jego wyznanie wiary w wino, że przeszedł na właściwą stronę. Guzik z pętelką! Podczas winobrania było fajnie, ciekawie i tyle. Trochę byłem zawiedziony…
p.s. Kilka dni temu zadzwonił do mnie M. i oznajmił: „Wuju, dostałem butelkę interesującego wina. Może razem spróbujemy?”