sobota, 31 października 2015

Ziemia obiecana, pstrąg i małopolski Riesling

Dobrze czuję się w Łodzi. Lubię tu wpadać, by chociaż trochę wyciszyć się, odpocząć od modnego i nieodzownego dla wielu stołecznego pośpiechu.
Wino w Łodzi smakuje inaczej. Blask starych żyrandoli widocznych w oknach kamienic nastraja. Wino nie ma w sobie napięcia, presji i wykwintnego dupościsku.

W „Klubie Wino”, moim ulubionym sklepie winiarskim położonym w nieturystycznej części ul. Piotrkowskiej, czyli po drugiej stronie alei Piłsudskiego, nabyłem Rieslinga z Winnicy Srebrna Góra. Od czasu VIII Konwentu Winiarzy Polskich nie jestem na bieżąco z rodzimymi winami i z pewnymi oporami wysupłałem około 70 złotych na tę flaszkę. Szukałem wina do pstrąga z rusztu. Czteroletni syn ma akurat fazę na ryby, z którymi paraduje dla hecy w sklepie.

Piękne październikowe popołudnie, oldschoolowy dom z ogrodem obrośnięty dwoma czterdziestoletnimi krzewami winorośli, nabzdryngolone słodkim winogronowym sokiem pszczoły radują się życiem w promieniach jesiennego słońca.




Z ciekawością i z dozą obawy odkorkowywałem nabytą butelkę, tym bardziej, że na etykiecie widniała informacja, że wino nie było
klarowane. Jeszcze bardziej byłem zaskoczony bąbelkami, które pojawiły się w kieliszku. Frizzante, psia krew? Wino w kieliszku miało barwę lekko mętną, ale to efekt zamierzonego braku klarowania. W nosie dominował bukiet utartych, lekko cydrowych jabłek, podbitych aromatem drożdży i przenikliwym chłodem źródlanej wody. Natomiast w ustach eksplodowała świeżość wyrażona szlachetną kwasowością. Finisz całkiem długi, lekko goryczkowy. Przez kilka dni zadawałem sobie pytanie skąd te bąbelki w winie? Niedokończona fermentacja malolaktyczna czy alkoholowa? „Fermentacja alkoholowa” – wyjaśnił mi redaktor TPB, którego spotkałem kilka dni później przy sklepowej kasie.
Muszę przyznać, że lekki Riesling z Winnicy Srebrna Góra pasował jak ulał do delikatnego mięsa pstrąga z rusztu. To wino na niezobowiązujące okazje. Miło byłoby, gdyby w kolejnym roczniku nieco zeszło z ceny.

wtorek, 27 października 2015

Gdzie ziemia się kończy i morze zaczyna*

Portugalczycy od wieków słyną z tego, że są doskonałymi kupcami i posiadają niewątpliwie żyłkę do interesów. Jako mieszkańcy tak niewielkiego i równocześnie najdalej wysuniętego na zachód kraju Europy, w dobie wielkich odkryć geograficznych zakładali faktorie handlowe na kresach świata.
Trudno także nie zauważyć ponadprzeciętnych zdolności Portugalczyków do handlu w kraju nad Wisłą. Coraz częściej spotykam w windzie co niektórych sąsiadów udających się w kapciach na zakupy w luzytańskim dyskoncie. O tempora, o mores!
Październikowa degustacja win portugalskich zorganizowana przez Polsko-Portugalską Izbę Gospodarczą oraz Wines of Portugal była drugim w tym roku po lutowej 3th Annual Tasting of Portuguese Wines dużym wydarzeniem promującym wina luzytańskie w Warszawie. O ile pierwsza miała charakter komercyjny i promowała przede wszystkim małych lub średnich producentów, to druga była przedsięwzięciem instytucjonalnym ukazującym Portugalię jako kraj posiadający wielowiekową tradycję winiarską. Na zaproszeniu otrzymanym pocztą elektroniczną figurowali głównie dobrze znani w Polsce producenci-instytucje, tacy jak: Anselmo Mendes Vinhos, Lda., Casa Santos Lima - Companhia das Vinhas, Cortes de Cima, S.A, Esporão Vendas e Marketing, Portugal Ramos Vinhos, S.A., José Maria da Fonseca Vinhos, S.A., Luís Pato, Unipessoal Lda, Niepoort Vinhos S.A., Quinta da Alorna Vinhos Lda, etc.
Szczęśliwie załapałem się na degustację komentowaną prowadzoną przez Danielę Costa z Wines of Portugal i miałem okazję spróbować win, o których słyszałem, ale nigdy dotąd ich nie próbowałem. Jednym z nich było Vinho Verde - Alvarinho Soalheiro Primeiras Vinhas 2014 z Quinta de Soalheiro. Muszę przyznać, że nigdy nie piłem tak złożonego i bogatego zielonego wina, uwodzącego nos świeżym bukietem nut cytrusowych, przejmującym chłodem górskiego strumienia wtopionym w subtelną beczkę, posiadającego elegancję, solidną strukturę opartą na świetnej kwasowości i zakończonym długim finiszem. Jak się potem okazało zostało zrobione z ponad 30 letnich krzewów a przy winifikacji zastosowano metodę batonaż, dzięki której wino straciło może nieco na fircykowatości typowej dla popularnych Vinhos Verdes, ale pozyskało pewną rieslingową powagę i zadumę.



Dla miłośników wina, dla których sztuką jest umiejętność czekania, ciekawą i przydatną informacją może być to, że Alvarinho Soalheiro Primeiras Vinhas 2014 można jeszcze potrzymać w piwniczce przez okres od 10 do 15 lat.

Kolejnym winem, które zaznaczyłem w notatkach ogromnym wykrzyknikiem było Incógnito 2011 z posiadłości Cortes de Cima. Z winami z Alentejo na dwoje babka wróżyła. Tym razem spróbowałem bardzo dobrze skrojonego wina, świetnie zrównoważonego, raczącego nos bogatym owocowo-korzennym bukietem a na podniebieniu świetnym owocem, eleganckimi taninami i dobrą kwasowością.
Po przerwie udałem się na właściwą degustację z udziałem wszystkich portugalskich winiarzy. Choć byłem punktualnie w sali degustacyjnej było już gwarno jak w ulu. Język angielski, polski i portugalski tworzyły razem intrygującą dla ucha mieszankę słów i dźwięków, z czasem głośną i męczącą, ale o tym później.


Zatrzymałem się w przy pierwszym stoliku z brzegu i muszę przyznać, że od razu dopisało mi szczęście, gdyż spróbowałem kilku smacznych Vinhos Verdes z założonej w 1959 r. spółdzielni Adega de Pontes de Lima.

Fascynująca przy tym była rozmowa z młodą enolożką Ritą Araújo, która zaimponowała mi ogromną wiedzą winiarską i młodzieńczą pasją. Wszystkie wina, którymi się raczyłem podczas rozmowy, czyli Espumante Loureiro Bruto 2013, Vinho Verde Loureiro 2014, Vinho Verde Loureiro Colheita Seleccionada 2014, Vinho Verde Loureiro e Trajadura 2013 oraz czerwony Vinho Verde Vinhão 2014, były starannie i solidnie zrobione i nie miały nic wspólnego z jak często chemicznymi i bezosobowymi Vinhos Verdes nie tylko z dyskontów. Miłośnikom win portugalskich chcę tu wyjaśnić, że Vinhão to nic innego jak szczep Sousão.
Trudno, ale muszę wrzucić kamyk do ogródka organizatorów degustacji. Moim zdaniem sala degustacyjna zdecydowanie była za mała w porównaniu z liczbą stolików oraz zaproszonych gości. Panował duży zgiełk, co utrudniało przytomną rozmowę. Usiadłem na schodach. Potrzebowałem chwili ciszy i skupienia, by przypadkiem nie krążyć bezmyślnie od stolika do stolika. Miałem mało czasu i musiałem dokonać szybkiego wyboru. Przejrzawszy przewodnik degustacyjny udałem się w pierwszej kolejności do stoliczka nr 12, czyli do jednej z najstarszych firm winiarskich w Portugalii José Maria da Fonseca. Nie ukrywam, że skusił mnie fermentowany w
amforach José de Sousa 2012, o którym pisała niedawno na łamach Winicjatywy Izabela Kamińska. Mam nadzieję, że jeszcze to wino dostanę, gdyż mam nieodpartą chęć raczenia się nim jesienną porą w zaciszu domowych pieleszy. Jak dla mnie jest to nadal nieodgadnione wino.
Wreszcie stoliczek nr 6, a więc nieznany mi przedsięwzięcie Dão Sul. Zaintrygował mnie mocno Preto & Branco Reserva 2011, kupaż
Bagi i Tourigi Nacional, czyli połączenia grunge i muzyki klasycznej z domieszką acidjazzowego Bicala. Piękna sprzeczność, której warto doznać!
Wyszedłem z degustacji z refleksją, iż w dłuższej perspektywie czasowej dyskonty portugalskie wyrządzą jednak krzywdę rodzimym winom.
* Cytat z 3. pieśni eposu Os Lusĭadas portugalskiego poety Luísa de Camões.



sobota, 17 października 2015

Winiarski Blog Roku 2015 – yes, you can!

O tym, że mój blog został nominowany do tytułu Blog Roku 2015 magazynu „Czas Wina” dowiedziałem się od mojego kolegi przy kawie tuż przed degustacją win portugalskich. Byłem przekonany, że coś mu się pomyliło. Przyznaję, że rzadko piszę, bo sięgam po elektroniczny długopis, gdy mam czas oraz jakąś ciekawą historię do opowiedzenia Tobie, drogi i cierpliwy czytelniku.
Cieszę się, że mój blog został doceniony, a przede wszystkim dostrzeżony. Nie mam konta na FB lub innym wiodącym portalu społecznościowym, bo męczy mnie internetowy zgiełk, o czym pisałem w grudniu 2014 r. Jestem raczej kronikarzem, pamiętnikarzem piszącym do szuflady elektronicznej niż blogerem, komunikatorem, edukatorem, krytykiem, itp.
Wszystkim czytelnikom dziękuję już za oddane głosy, ale proszę o więcej. Wystarczy kliknąć na zwieszoną na moim blogu ikonkę Winiarski Blog 2015. Głosuj Czas Wina.pl.
Z należnym uszanowaniem
Winne Refleksje

czwartek, 15 października 2015

(Quinta de) Bons (-) Ventos wczoraj i dziś.

“A może podjadę do pana Maiorala” – pomyślałem sobie w przededniu krótkich wakacji w Prusiech. W sumie nie byłem w Atlantice, największego importera win portugalskich, bodaj od 3 lat z hakiem, a z panem Manuelem Maioral uciąłem dłuższą pogawędkę dawno temu w bawialni dla dzieci na Woli. Połączenie portugalskich brancos ze świeżymi rybkami z jeziora wydało mi się na tyle ciekawe, że postanowiłem nabyć parę butelek właśnie u niego.
Ogromny skład win wypełniony po brzegi świetnymi butelkami od zawsze wywoływał we mnie dreszczyk emocji i uaktywniał moją bujną imaginację. Pan Maioral niczym wytrawny kustosz szukał dla mnie odpowiednich flaszek. Dzięki arcywyjątkowemu jak na Portugalczyków wzrostowi z niebywałą łatwością przerzucał skrzynie z winami. Pomyślałem sobie, że jest żywym artefaktem germańskich Swebów albo
Wizygotów, panujących na terenach dzisiejszej Portugalii od połowy V aż do najazdu Maurów na początku VIII wieku.
Odzyskałem poczucie rzeczywistości, gdy dostrzegłem na małym stoliku opatrzoną charakterystyczną jasnoniebieską etykietę Quintę de Bons Ventos. Pamiętam, że zachwycałem się tym winem, a także jego ceną na początku lat dwutysięcznych i chyba nie byłem wtedy odosobniony w mym entuzjazmie o czym świadczą archiwalne notatki degustacyjne:
Quinta de Bons Ventos 2003
„Wino mieszane z czterech różnych szczepów z krótkim starzeniem w beczkach, gęste, poważne, wypełnione owocem po brzegi, przy czym dość zrównoważone i bez sztuczek. Czysta radość i piękne świadectwo tego, co Portugalia może zaproponować w winach codziennych”.
Wojciech Bońkowski, Magazyn wino nr 6 (12) 2004.
Quinta de Bons Ventos 2004
„Lekka beczka, nutka czekolady i sporo wiśni w zapachu. W ustach solidne, aromatyczne, mocne i nieźle zbudowane wino codziennego użytku”.
Tomasz Prange-Barczyński, Magazyn Wino nr.6 (18) 2005.
Na marginesie dodam, że te notki degustacyjne pochodzą ze starych egzemplarzy Magazynu Wino, które przechowuję w moim winiarskim archiwum.
Przyznam, że bez wahania poprosiłem o stojącą przede mną butelkę. Okazało się, że jest ostatnią z rocznika 2011. Pan Maioral polecił mi rocznik 2013 z najnowszej dostawy. Pomyślałem sobie, że warto te dwie butelki porównać i podzielić się z Tobą, cierpliwy czytelniku.
Niestety, po otwarciu flaszek pojawił się od razu kłopot, bo założywszy bryle do czytania dostrzegłem, że mam do czynienia z Bons-Ventos a nie Quinta de Bons Ventos! Przez chwilę pomyślałem, że nabyłem tzw. drugie etykiety. Szybki telefon do pana Manuela uspokoił mnie. „Bons-Ventos lepiej brzmi dla Anglików. Dlatego skrócono nazwę.” – odpowiedział czystą polszczyzną pan Maioral.
Bons Ventos 2011, Casa Santos Lima – Niestety wino już trąciło myszką. Wyschnięte wiśnie leżące pod drzewem, posypane przeterminowaną czekoladą. W ustach mało soczyste, bez świeżości, spięte suchymi taninami.
Bons Ventos 2013, Casa Santos Lima – wino średnio zbudowane, krągłe ze świetnie skrojonym owocem dojrzałych wiśni obramowanych nienachalną beczką. W ustach owocowe, szczodre, niezbyt kwasowe, z ładnie ułożonymi taninami. Wino w sam raz dla Pana, Wójta i Plebana, no i Hipstera też.
A w Prusiech do nabywanych ryb serwowałem Ensaios FB branco, 2009 oraz Loureiro, Vinho Verde, 2014, Colheita Selecionada . Najogólniej mówiąc mariaż z wędzonymi rybami nie było zbyt szczęśliwy, natomiast z rusztu wyszło całkiem przyzwoicie.