środa, 30 grudnia 2015

Shiraz australijski vs Shiraz południowoafrykański

Nieco ponad dziesięć lat temu, gdy brak umiejętności degustacyjnych najczęściej nadrabiałem miną zblazowanego nadwiślańskiego konesera, shirazy z Australii okazywały się dla mnie bezpieczną winiarską przystanią. Wtedy w obecności winemakera z antypodów nie tylko mogłem pochwalić się poprawnie trzymanym kieliszkiem czy wytrawnym siorbaniem, ale także trafnym rozpoznaniem aromatów, co w przypadku win australijskich nie było zbyt dużym wyzwaniem. Pamiętam dobrze, że na podniebieniu australijskie czerwone wina rysowały swój przebieg grubą, często niezdarną kreską, za co je zresztą lubiłem i ich pożądałem. A dlaczego? Ponieważ szturmowały zmysły i tym samym doskonale wpisywały się w mój ówczesny gust winiarski. Dziś patrzyłbym na nie nieco bardziej krytycznym okiem, wytykając im brak równowagi i harmonii. Dodam jeszcze, że preferowałem wina z Australii, a szerzej z Nowego Świata, również ze względu na jasne, przejrzyste etykiety; innymi słowy, wiedziałem, co nalewam do kieliszka. I wreszcie uważałem, że są znacznie lepsze od francuskich, którymi przeważnie wtedy wzniośle pogardzano, bo kwaśne, bo wytrawne, i takie tam. Gdy z nabywanym doświadczeniem wykreowałem sobie obraz idealnego dla siebie wina, to przez długie lata omijałem półki z winami australijskimi szerokim łukiem, ale słuchałem Nicka Cave’a.
Nie pamiętam, bym sięgał w przeszłości akurat po shirazy południowoafrykańskie. Na pewno kupowałem wtedy jakieś wina czerwone z RPA. Potem nastąpiła długa przerwa aż do 2010 roku, gdy szwagier przywiózł w walizce prosto z Kapsztadu Sequillo 2008 skrojone przez genialnego Ebena Sadie. Był to dla mnie prawdziwy przewrót kopernikański. Jeszcze do niedawna nie kupowałem praktycznie żadnych win z RPA, a tylko czekałem na kolejną wizytę brata mojej żony.
Degustacje organizowane przez South Wine oraz Wines United traktowałem jako swoiste zaspokojenie ciekawości. Czytałem o interesujących, często intrygujących, zmianach zachodzących zarówno w winiarstwie południowoafrykańskim, jak i australijskim, o ogromnym wysiłku mającym na celu zmianę postrzegania win z obydwu krajów. Zastanawiałem się, w którą stronę ewoluowały te zmiany, do jakiego ideału dążą australijscy i południowoafrykańscy winemakerzy? I wreszcie, czy moje zeuropeizowane zmysły zdołają bez uprzedzeń ocenić shirazy z Nowego Świata?
Pojedynek shirazów przypominał degustację w ciemno, przy czym wiedzieliśmy, z których winnic pochodzi dana para win, a naszym zadaniem było odgadnięcie kraju i wyłonienie zwycięzcy.
Stellenrust Shiraz 2013, Stellenbosch (44 zł) vs The Stump Jump Shiraz 2011, McLaren Vale, d’Arenberg (49,50 zł)
Południowoafrykański shiraz, pochodzący z regionu Stellenbosch, bardziej przypadł mi do gustu. To wprawnie zrobione, całkiem eleganckie wino, z nutami subtelnych malin i truskawek, posypanych białym pieprzem i ziołami. Usta z nerwem i ładnie zarysowanym owocem oraz nieco alkoholowym finiszem. Inny, zdecydowanie hedonistyczny, był w moim odczuciu shiraz od czołowego producenta australijskiego d’Arenberg, znanego winopijcom z kultowego The Dead Arms Shiraz. Nuty eukaliptusowe, dymne, przykrywające nieco owoc. Usta bardzo wyraziste, mocne garbniki i dobry kwas. Jak dla mnie - za bardzo alkoholowe i przez to nie do końca zrównoważone.
Mój wybór : ►RPA /Australia
Vox populi: ►RPA /Australia
Saxenburg Shiraz Private Collection 2010, Stellenbosch (79,90 zł) vs The Footbolt Shiraz 2011, McLaren Vale, d’Arenberg (79,90 zł)
Wino podkręcone dębem. Ładnie zarysowane aromaty mokki, podgrzanych ciemnych owoców i ziół w wędzonkowym entourage’u . Usta wyraziste, kwasowe, nieco suche w końcówce. Ku mojemu zaskoczeniu australijski shiraz okazał się wcale przystojnym winem. Szczodry, ale bez przegięcia. Atrament, wędzonka, nieprzegrzane wiśnie, śliwki. Wygładzone taniny, dobra kwasowość. Długi finisz.
Mój wybór : RPA /►Australia
Vox populi: ►RPA /Australia
Graham Beck The Ridge Syrah 2009, Franschhoek (99,90 zł) vs Torbreck Woodcutter's Shiraz 2012, Barossa Valey (105 zł).
To już wyższa półka, zatem nie ma przelewek. Obydwa wina są eleganckie, złożone i warte swej ceny. Długo porównywałem obydwa kieliszki, bo z każdą chwilą ujawniały się kolejne intrygujące aromaty. Syrah nasycał zmysły subtelnymi nutami śliwki posypanej przyprawami korzennymi i czekoladą. Sporo też złożonych aromatów dymu i lekkiej wędzonki na drugim planie. Usta wyraziste. Ładny owoc w solidnych ramach kwasowo-taniczych. Również wysoką klasę pokazał australijski shiraz. Spora koncentracja. W nosie śliwki, jeżyny polane atramentem, nuty tostowe, pieprz oraz przyprawy korzenne. Na podniebieniu szlachetna kwasowość, pięknie wtopione garbnik oraz mnóstwo dojrzałych jeżyn.
Mój wybór : RPA /Australia (remis ze wskazaniem na RPA)
Vox populi: RPA /Australia (remis)
Cieszę się, że uczestniczyłem w tej konfrontacji shirazów, choć nie znalazłem odpowiedzi na wszystkie postawione przez siebie pytania. Jedną rzecz wiem na pewno, a mianowicie, entuzjaści win europejskich nie powinni omijać szerokim łukiem shirazów z Australii i Afryki Południowej, gdyż i tam znajdą ciekawe butelki. Wystarczy tylko się nieco otworzyć, pozbyć stereotypów, czytać, rozmawiać i chodzić na degustacje, a dobre wino się znajdzie.