wtorek, 8 marca 2016

"Un petit syrah, voulez-vous?"

W zasadzie miałem ograniczyć mój post do opisu dwóch butelek czystego syrah z Północnego Rodanu, którymi raczyłem się podczas kameralnej degustacji organizowanej przez dwie garażowe firmy importerskie WineMates i Vive le Vin. Po chwili namysłu postanowiłem jednak urozmaicić wpis o wątek restauracyjny, bo bistro KotaKota, w którym odbyła się degustacja, urzekło mnie bez reszty. Nie jestem bywalcem restauracji. Mam dosłownie dwa lokale na krzyż, do których z przyjemnością wracam nie tylko ze względu na dobre wina. Za sprawą degustacji znalazłem się w miejscu, gdzie nie przygniatały mnie podwieszane sufity, a w talerz nie zaglądały wszędobylskie halogenowe reflektorki. To nietuzinkowe bistro, które ujawniło swoją osobliwość pod koniec degustacji, przy szybko zapadającym zimą zmroku.








A trzydaniowy lunch degustacyjny, składający się z:
"* krem z kalafiora, gorzka czekolada
* poliki wołowe, risotto grzybowe
* owoce, beza, krem mascarpone",
był absolutnie pyszny i w arcyuczciwej cenie, czyli 26 zeta...








„Revenons à nos moutons”, czyli powróćmy do naszych baranów, a więc do tytułowego syrah z Północnego Rodanu. Do win z tego regionu podchodzę bardzo ostrożnie, tym bardziej do czystego
syrah, którego wypiłem do tej pory mniej więcej tyle, co kot napłakał. Północnorodański syrah nie jest winem mainstreamowym, co łatwo zauważyć odwiedzając sklepy specjalistyczne. Wręcz odnosi się wrażenie, że rodzimi importerzy omijają go szerokim łukiem. W sumie to był główny powód, dla którego postanowiłem pochylić się nad dwoma etykietami północnorodańskiego syrah, znajdującymi się w portfolio kolegów z WineMates, którzy mają że nie tylko dobry nos, ale i odwagę!
Od pokoleń należące do rodziny Montez tarasowe winnice Domaine du Monteillet o łącznej powierzchni 24 hektarów porozrzucane są po trzech północnorodańskich apelacjach: Côte-Rôtie, Condrie i Saint Joseph. Obecnie posiadłość prowadzi Stéphane Montez, który, co ciekawe, doświadczenie winiarskie zdobywał poza Francją, pracując między innymi w Australii i RPA. W zależności od apelacji winnice usytułowane są na granitowym bądź łupkowo-gnejsowym podłożu.
Muszę przyznać, że nie potrafię znaleźć właściwego klucza, by odpowiednio opisać degustowane przeze mnie La Syrah à Papa 2013, 12,5% (winogrona pochodzą z dzierżawionych parcel/Vin de Pays des Collines Rhodaniennes) oraz Saint –Joseph 2014, 13%. Absolutnie to nie są wina sycące, ani muskularne à la Nowy Świat w kiepskiej odsłonie, ani atrakcyjne tak, jak niektóre syrah z południowych kresów Starego Kontynentu. Wręcz przeciwnie, mają coś w sobie surowego, w szczególności pierwsze wino, które swą budową przypomina ultramaratończyka, pokrytego skórą, twardą tkanką mięśniową oplecioną grubymi żyłami. Saint-Joseph wydaje się natomiast nieco bardziej soczysty, mniej wyżyłowany. W nosie obydwa wina nie epatowały nadmierną ekspresją – niesycące nuty czerwonych owoców, papryki, lukrecji, posypanych szczyptą pieprzu. Co ciekawe, obydwa syrah starzone są odpowiednio przez 14 i 15 miesięcy w z tzw. demi-muids, 600 litrowych beczkach z dębu francuskiego.
Za zgodą kolegów z WineMates niedopite butelki zabrałem do domu, długo trzymałem je w kieliszku i nie mogłem nimi nasycić zmysłów. Pozostawiły we mnie intrygującą pustkę. Stąd też od pewnego czasu pytam o syrah z Północnego Rodanu i widzę rozłożone ręce sprzedawcy albo dostaję pokrytą kurzem butelkę. Marzy mi się jakaś przekrojowa degustacja tych ciekawych win. Chciałbym się zmierzyć z opinią krytyków winiarskich uznających północnorodański syrah jako niedościgniony wzorzec, oryginał obrazu, podczas gdy uprawiany gdzie indziej, nie daj Boże daleko od Europy, jest dlań jedynie kopią, nieważne, że częstokroć wybitną.

p.s. Autorką zdjęć bistra KotaKota jest Marta Zadykowicz.